moje małe inspiracje...trochę twórczo i codziennie:-

wszystko w jednym

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Dziś po troszce pokażę te obrazy, które towarzyszyły mi przez ostatnie 3 tygodnie.

Lubię Święta, nawet bardzo. Kiedyś, gdy czas pozwalał mi na więcej, dekorowalam caly dom, aby poczyć w 101% magię Swiąt.

Teraz staram się zachować klimat choć w jednym pomieszczeniu.

Należę do tej mniejszości, która uwielbia zimę. I to ekstatycznie. Chodze zahipnotyzowana widokami lodu i śniegu. Niestety kocham też zwierzątka, ktore raczej nie podzielają moich upodobań. Staram się zapewnić godne menu wszystkim ptasim stworzeniom. I tak przez ostatnie lata dochowałam się kilkudziesięci sikorek, 8 sójek, 2 gili, bandy jakichś szarawych ptaszków, 8 bażantów:

Czas świateczny  i kilka pięknych bezinteresownych gestów nastroiło mnie do zrobienia czegoś wlasnymi rękami. Tak żeby umysl i palce nie zapomniały czym są obcążki, szczypce, linki, ametysty, krysztaly górskie i perły. Mam nadzieją, że osobie do której trafiły przyniosly choć chwilkę radości w chwilach smutku. Nigdy wcześniej nie robiłam broszek, a okazalo się to naprawdę inspirującym zajęciem:-)


 

 

 

W Nowym Roku życzę Wszystkim, ale i sobie, wielu pięknych i wartościowych chwil tylko dla SIEBIE, tak by móc pielęgnować piękno i marzenia.

 

 

czwartek, 19 sierpnia 2010

Od dawna widzę Waszą fascynację nutami. Rzeczywiście to romantyczne wizualnie znaki, które kojarzą się z pięknymi melodiami, miłością, nostalgicznym uniesieniem. Nuty to symbole, podobnie jak lilijki, korony czy anioły. Wszystkie wzruszają i pobudzają. Jest tylko jedno "ale". Za drukiem, pożółkłym papierem, który jest poszukiwany przez miłośniczki antyków i staroci, kryje się dźwięk. Prawdziwy dźwięk- stworzony i zapisany przez człowieka.

Piszę ten post, bo czasem boli mnie, gdy widzę powyrywane kartki oryginalnych starych kompozycji, naklejone na cośtam, oprawione po części w ramkę, świecące jako abażur ... Nie chodzi mi o to, że to zbrodnia i czyn niemoralny. Chciałabym aby miłośniczki pożółkłych nut wiedziały, że to jest jak piękna zabytkowa księga, kryjąca w sobie słowa muzyczne, które można zagrać, zaśpiewać, zanucić.

Moja babcia była pianistką. Urodziła się w 1911r. Dzięki niej mój tata przeżył wojnę. W ich domu stacjonowali oficerowie i inne szychy niemieckiego wojska. Zawłaszczyli sobie największe pokoje, a im dali jedno pomieszczenie na 5 osób. Ale szacunek dla Pani domu panował, ponieważ uczyła dzieci niemieckie grać, a co jakiś czas zabawiała dorosle towarzystwo recitalami fortepianowymi. To straszna, ale i pozytywna historia.

Mój tato też ukończył dwa wydziały- teorii i kompozycji, oraz realizację dźwięku. Do swych ostatnich dni pracował jako realizator nagrań muzyki klasycznej. Ja zaś przez 10 lat grałam na fortepianie. I za pewne tak by zostało, gdyby nie głupota młodości. A powrotu nie ma. Pozostalo mi granie dla siebie i najbliższych. Na szczęście mam w małym dworku pianino koncertowe, wykonane specjalnie na zamówienie mojej babci. Ma popękany lakier, ale lśni pięknie swoją czernią. Jej samej nigdy nie poznałam. Zmarła bardzo młodo, w wieku 39 lat. Pozostały mi po niej piękne stare nuty. Pożłkły papier, druki niemieckich manufaktur. Gram i wsłuchuje się w dźwięki, które wybrzmiewały 100 lat temu...

Ja też kocham wygląd nut. Zrobilam to, co i Wy. Postanowilam zabrać ich kawalek ze sobą. Gdy wybrałam atrakcyjny wizualnie fragment z owych babcinych ksiąg, usiadłam do pianina i usłyszałam to:

Nie mogę sama tego zagrać na blogu, więc wybrałam moim zdaniem najbliższe mi wykonanie La priere d"une vierge. Wpisując kompozytorkę w You tube właściwie nie liczyłam na żaden efekt. Okazalo się, że to kompozycja bardzo lubiona przez pianistów z kraju Kwitnącej Wiśni... Apomyśleć, że u nas zupełnie zapomniana.

W szafce nocnej leżała od dawna torba płocienna, czekająca na moją chwilę czasu i natchnienia.

Nuty zeskanowałam na płótno, podobnie jak zdjęcie kuzynki mojej babci.

To niby tylko torba...

, ale to też kawałek mojej przeszłości i kawałek tego co kocham- muzyki.

Jak patrzę na moją torbę, slyszę zaraz La priere d,une vierge... Modlitwa dziewicy...

czwartek, 18 marca 2010
Takie oto czynności toczą się w Małym Dworku od czasu do czasu. Oczywiście inne także, ale dziś mogę pokazać to co przyniósł czas od ostatniego wpisu.
Po pierwsze nieustająco współpracuję z moją kochaną maszyną, która wykazuje wielką cierpliwość i posiada rzadki dar wybaczania błędów nowicjuszki:-) W każdym razie dzięki temu nie zniechęcam się, a wręcz przeciwnie. Najlepsze pomysły na szmaciane wyroby przychodzą mi wieczorami, kiedy panuje atmosfera ogólnego rozluźnienia i zwolnienia tempa dnia. Ostatnimi czasy rozmyślam czym tu się uszczęśliwić, to znaczy co nowego uszyć dla domu. Na szczęście odkryłam okienka w sieni, do tej pory traktowane po macoszemu. Upinałam coś tam pod sufitem (okienka są wysokie i wąskie), starają się aby nie zasłaniać wpadającego światła. To coś nawet firanką nie śmiem nazwać. Dlategoteż uznałam, iż okienkom należy się nowe ubranie. Priorytetem była przezierność materiału, i mały wymiar. Zdecydowałam się na kolory neutralne. Połączyłam: len, bawełnianą taśmę koronkową i tiul. I tak oto powstały malytkie firaneczko-zazdrostki:Na górze przypięłam mosiężne kwiaty, bo bardzo było surowo.Tiul choć sztywny nawet dobrze się układa i nie zasłania słońca (tych kilku wiosennych promyków..)
Z prac krawieckich przerzuciłam się na stolarstwo:-) Pomysł zapadł dawno, kiedy to szukałam biurka do mojego pokoju w domu mojej mamy. Wszystkie najprostsze drewniane mebelki kosztowały powyżej 300zl, a sztucznego tworzywa nie chciałam. Udałam się do marketu, przejrzałam wszelkie drewniane elementy i zrodził się w mej głowie projekt na prosty stolik niewielkich wymiarów. Skonsultowałam się jedynie z Mężczyzną, mającym znacznie lepsze doświadczenie stolarskie, co do szczegółów technicznych.  To moje pierwsze dzieło i choć nie jest bardzo skomplikowane to nauczyłam się paru nowych rzeczy. Po pierwsze projektowania, tak aby całość się nie chwiała. Oczywiście popełniłam błędy: na końcu musiałam gwoździami podobijać to co się rusza, jedną nogę trochą za krótko odpiłowałam i nie wiem jak po czasie konstrukcja się zachowa.....Ale jest. Nawet nie wiedziałam, że to takie męczące...Na szczęście na końcu było malowanie i lakierowanie- czynności bardziej znajome:-)
A dziś wyciągnęłam zaległą pracę decu. Gazetnik dla mamy. Miał być na gwiazdkę, a za pewne stanie się prezentem na Wielkanoc. Dawno nic nie wycinałam i nie przyklejałam w tak dużych wymiarach....oj trzeba mieć cierpliwość.
Gazetnik pokazuję w częściach, ponieważ boczne listewki wymagają przybicia malutkimi gwoździami, a towych nie posiadam. Motyw decoupage po skończeniu będzie lekko cieniowany na lawendowo, aby pasował do reszty rzeczy w maminej sypialni.Chyba najlepiej pracuje mi się na podłodze...:-)
Na koniec zamieszczam zdjęcia pięknych prezentw oferowanych przez Ushii (z Ushiiladii) i MariaPar (z Zielonego Kuferka). Te piekielnie zdolne osoby zapraszają do udziału w losowaniu. Ja za skora do tego typu zabaw na ogół nie jestem, ale od czasu do czasu piękne rzeczy zdolnych kobiet wprawiają mnie w zachwyt:-)
Candy u Ushii
http://ushiilandia.blogspot.com/
Candy w Zielonym Kuferku
http://zielonykuferek.blogspot.com/