moje małe inspiracje...trochę twórczo i codziennie:-

ja

wtorek, 15 lutego 2011

Wczoraj i dziś świeciło piękne słońce. Takie zimowe i moźne. I nie wiem czy chciałam trochę wychłodzić palce, czy zatęskniłam za robieniem zdjęć, czy też dzień spędzony sam na sam ze sobą tak zadziałał, że zrobiłam sobie "walentynki po mojemu".  Tylko dla mnie, tylko dla moich oczu i serca.....no może poza słodkim wypiekiem:-)

Mój wrzos, jesienią był wściekle seledynowy, w lutym nabrał miłosnej czerwieni i romantycznego różu:

kolor czerwony kokardki zainspirowal mnie do uwicia wieńca z gałązek brzózki:

Potem zalśniło ponad lasem piękne słoneczko, które oświetliło mroźnym błękitem podwórko. I tak palcem po granitowy,m pyle napisalam:

Kilka metrów dalej z pozbieranych patyków w kolorze złota, beżu i brązu ułożyłam:

Jak porządnie zmarzlam, udalam się do cieplutkiego domu i zabralam się za coś czego nigdy nie robiłam - makowiec. Humor mi się popsuł, bo spędzilam w kuchni 3 godziny. Bylam wykończonam od kręcenia, mieszania, ubijania i wyrabiania. Ale wyszlo. Najpiękniejszy byl zapach, którego nie mogę niestety umieścic na blogu.  I ta brązowo-złota skórka:-) Na niej wyznalam miłość cukrem pudrem:

ciasto z love

uczucia do swojego "ja" też bywają przyjemne;-)

 

21:15, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (15) »
czwartek, 02 września 2010

Dziś rano otwierając bloga przeczytałam zaproszenie od Agi z Oaza

Bardzo to miłe, tym bardziej że tyczy się pozytywnych aspektów życia- czyli tego co lubię. Chodząc po domu mój umysł zaprzątały tysiące myśli i co chwila przypominałam sobie o kolejnej ulubionej rzeczy. W sumie to całkiem niezła terapia na poprawienie humoru:-)

Wybrałam moje top 10:-) Kierowałam się tym, co w największym stopniu odda moją osobowość i wnętrze. To kolejny powód dla którego uważam takie "zabawy" za całkiem udane:-)

Przechodząc do meritum...

1. GÓRY

Kocham góry całą sobą. Kocham po nich chodzić i na nie patrzeć. Kocham gdy mnie otaczają. Tam czuję się naprawdę wolna i szczęśliwa.

2. NARTY

Narty są nieodłączną częścią mnie. W nich odkryłam swoją pasję, i pewność siebie. Mając 17 lat zdałam egzamin na pomocnika instruktora. Przez następne lata zdobywałam coraz więcej. Poznałam wielu wspaniach ludzi, zakochanych w nartach jak ja.Trochę uczyłam innych jeździć i sprawiało mi to mnóstwo radości. Z czasem mój obecny mężczyzna zaczął się buntować przeciw moim samotnym wypadom na narty. On nie miał czasu, ja nie chciałam go denerwować. Obecnie spędzam na deskach max.10 dni.... i jest mi z tym źle.

3. ZIMA

Lubienie zimy wiąże się oczywiście z punktem drugim:-) Ale i na nizinach uczucie pozostaje. Lubię skrzypienie śniegu pod butami i iskrzące w słońcu płatki. Łyżwy także. Krajobraz pod śniegiem wygląda jakby spał smacznie pod pierzynką. Zima tworzy dla mnie najpiękniejsze dzieła sztuki z krajobrazu. A zimowe wieczory to kominek i książka:-)

4. PSY

Od urodzenia kocham psy. Jako jedynaczka całą swoją miłość do istot żywych przelałam na nie. W każdych nawet najtrudniejszych chwilach mogłam liczyć na ciepło ich ciała, zimno nosa i najwierniejsze na świecie spojrzenie. Tylko psy potrafią kochać bezgranicznie i bezwarunkowo. Przekonuję się o tym do dzisiaj...

5. KWIATY, roślinki, ogródek



Jako mała dziewczynka spędzałam najpiękniejsze chwile z babcią w ogródku. Godzinami mogłam grzebać w ziemi i oglądać jak roślinki wzrastają z ziemi. Po latach jak trafiłam do małego dworku założyłam własny ogródek i pokochałam rośliny jeszcze bardziej. W domu również nie ma zakątka bez kwiatów doniczkowych. Nie rozmawiam z nimi, ale myślę, że czują moje uczucia do nich:-) śmiecham się do każdego rozkwitniętego hibiskusa i każdego nowego liścia innych zielonych stworzeń. Nawet jak mocno chorują mam problem z ich wyrzucaniem... Na ogół tego nie robię.

6. BIŻUTERIA

Biżuteria wprowadziła mnie w świat kobiecych przyjemności. początkowo były to rzemykowe bransoletki i talizmany na szyi. Potem stopniowo odkrywałam piękno szlachetnych metali, choć złota nie nosiłam. Przyszedł czas fascynacji kolczykami. Im były większe i wyrazistsze tym lepiej. Wtedy też zamówiłam w cafeart pierwsze elementy do robienia własnoręcznego biżuterii. Pełna niepewności pokazałam dzieła przyjaciółce, która -chwaląc się- była bardzo pochlebna. Powstała mała manufaktura i nawet trochę zarobiłam na tym art-biznesie.

Niestety studia i prowadzenie domu sprawiły, że nie miałam czasu na to hobby. Tym bardziej, że nasz kraj zalało morze chńszczyzny po 5 zl, a rękodzieło i niepowtarzalność nie stanowią w Polsce zasłużonej wartości. Krótko mówiąc nie oplacalo się inwestowane w półprodukty. Teraz czasem coś mnie najdzie i tworzę (patrz post poniżej:-)))

W tym punkcie powinnam dodać PERŁY. Bo to nowa mocna facynacja. (patrz post poniżej:-)))

 

7. KAWA


Pierwszego razu z kawą nie pamiętam. Pamiętam tylko od zawsze aromat świeżo parzonego czarnego napoju o poranku. Moja mama kochała czarną i zawsze dobrą gatunkową kawę. Teraz ja przejęłam pałeczkę:-) Koniecznie w ładnej filiżance. Chwila z kawą to moja chwila...

8. PISANIE

Od zawsze bardzo lubiłam czynność pisania. Przykładałam do tego mnóstwo uwagi. Na moje nieszczęście nie było już w szkołach nauki kaligrafii... Fascynowało mnie jak litery wypływają spod rąk. Zresztą uważam, że pismo dużo może powiedzieć o człowieku (choć się na tym nie znam). Pismo komputerowe, choć nieodzowne i nieuniknione do kontaktu ze światem jest dla mnie puste. Długo pracowałam, aby móc zrozumieć co widnieje na ekranie. Całą pracę magisterską napisałam odręcznie...Wyszło ok.300 stron...a i tak każda strona maszynopisu kosztowała mnie więcej zmęczenia.

Teraz mam okazję do zaprezentowania mojego prezentu na 30-te urodziny. Wymarzone, upragnione, burżujskie pióro. Poprosiłam o nie mamę. Chciałam mieć coś "wiecznego"... i jest wieczne, dostojne..... miałam pomysł z grawerem, ale chyba zrezygnuję. Przecież nie sposób zapomnieć, że to od mamy....

 

9. FIOLETOWY, SZARY, BIAŁY, CZARNY.....KOLORY

Do ubrania lubię inne, do wnętrz jeszcze inne, a tak w ogóle jescze inne;-) szmatki głównia są czarne, szare, białe,brudnoróżowe i koniecznie fioletowe! Wnętrza mogą być najróżniejsze, choć mójpokój jest biało-szaro-błękitny. Za to kuchnię chciałabym mieć czekoladowo-waniliową, a łazienkę biało-czarną...

8. MUZYKA KLASYCZNA I MOJE PIANINO:-)

Lubię melodyjność instrumentów klasycznych. Kocham moje pianino, bo to historia rodziny, ale i śliczne brzmienie. Jak mi smutno to gram, gram i gram. Jak mi wesoło to rzadziej, choć też się zdarza. Przez dżwięki mogę mówić bez słów o tym co mnie boli. Bo o tym co radosne zawsze prościej tak na głos... polubiłam też nowy instrument: ludzki głos. Nic tak pięknie nie brzmi jak arie Anny Netrebko...

9. HAND MADE

Po pierwsze decoupage. Tę technikę zaczęłam zgłębiać zupełnie samodzielnie. Około 3 lata temu, bywając dużo w internecie, trafiłam na blox, skąd krótką drogą do Asket. To co tam zobaczyłam olśniło i zaczarowało mnie całkowicie. Pierwszy raz spotkałam się z decu, nawet nazwy nie znałam. Jej blog przeczytałam od deski do deski. Sama szukałam różnych farb, uczyłam się dziwnych nazw, jak crack czy lakier poliuretanowy itd. Pierwsze próby, z perspektywy czasu były zabawne, ale dość szybko zapanowałam nad tą całą chemia. Z natury jestem bardzo cierpliwa i dokładan, więc wycinani, wyrywanie, układanie wzorów bardzo mi pasowało. Z czasem odważyłam się założyć własnego bloga i pokazać światu co też Karolinka w domu pokątnie robi. Pokątnie, bo do dziś moje hobby jest tematem sprzeczek, ponieważ ponoć lekceważę domowe obowiązki i kleje serwetki... ale to inny temat. Decupage okazał się świetną formą prezentową i tak powstała seria zegarów np. taki dla małej Martynki: i inne:

Po drugie szycie i różne techniki zdobienia naszywek. Wielką krawcową nie jestem, ale od wielu lat marzyłam o maszynie do szycia. Wreszcie na Gwiazdkę zeszłego roku M. mi ją sprezentował:-) Zaczęłam od prostych woreczków, nawet wyspecjalizowałam się w tych grzybowych:-)

Potem poszewki na poduchy, obrus, no i największe przedsięwzięcie- pościel:

Zaczęłam robić próby z drukarką i decoupage na tkaninie:

Po trzecie przerabianie mebli i remonty w domu:-)


10. MÓJ POKÓJ

O własny kąt walczyłam długo.  Ale w końcu się znalazł:-) Urządziłam go tak jak zawsze marzyłam. Jest miejsce do pracy i do szycia. Mam gdzie położyć mądre książki i te nie mądre też. Mam gdzie uciec od świata, który czasem jest okrutny. Mogę tu rządzić i nic nikomu do tego:-)

Oto moje Top 10. Oto ja:-)

Długo zastanawiałam się kogo wybrać do kolejnych wynurzeń. Może Beatka z Beaty bombonierki dla tyty? A może Una Invitada? dadzą się namówić na odkrycie swoich '10. lubię"?

Pozdrawiam, ach długo dziś było...czas do pracy:-)








12:57, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (11) »
środa, 11 sierpnia 2010

Mało mnie tu. To znaczy bywając zaglądam do innych blogów. Natomiast pisanie sprawia mi problem. A im dłużej nie piszę, tym ciężej jest zacząć. To też wina zajęć domowo- wakacyjnych na zewnątrz domu. Nie mam czasu na fotki i hobbyrobótki.

Inną przyczyną jest smutek, który jakoś zagościł we mnie i nie chce wyleźć.

Życie jest trudne. Szczególnie życie z drugą osobą. Te życia nie zawsze chcą iść w parze i pojawia się myśl o rozstaniu. Ale jak się rozstać kiedy przeżyło się z tą osobą 1/3 swojego życia. A żyć razem jest trudno. To skomplikowane równanie jakoś nie chce dać się rozwiązać. Dziś już się pakowałam. Ale przestałam. Nie wiem czy dobrze, czy źle. Dałam sobie jeszcze kilka dni. Najgorsze jest to, że już się nie uśmiecham jak Go widzę. Już nie czuję teo gniecenia. Choć kocham i to mocno. Nie spełniam jego wymagań ciepłej strażniczki domowego ogniska. Nie potrafię mu dać tego czego oczekuje. Nie mam do siebie pretensji i nie obwiniam siebie. Moje poczucie wartości jest stabilne. Czuję tylko rozczarowanie, żal, złość za niedocenienie, niezrozumienie... dobrze...to tyle z mego wnętrza.

Co poza tym? Nauczyłam się jeździć traktorem-kosiarką. I bardzo to polubiłam:-) Mamy około 15 tysięcy metrów trawnika do koszenia.więc jest co robić. I jak na złość trawa rośnie 5cm na dzień!Traktorek warczy, trzęsie i trochę śmierdzi. Ale jest w tym jakaś radocha;-)

Szlifuję okna. Bo drewniane framugi zaczęły 3 lata temu gnić. Ściana zachodnia była odnowiona 2 lata temu, górne okna w zeszłym roku. Teraz przyszła kolej na front. Zabrałam się za tę straszną czynność, jako że wakacje mam wolne częściowo od pracy. Przerażala mie wizja pozdzieranych do krwi palcy od papieru ściernego, pyłu w oczach i bolących rąk. ALE! Odkryłam dzięki swej dociekliwości magiczne urządzenie o nazwie szlifierka oscylacyja. To rewelacja, kosztuje ok 100zl w Castoramie. Podobne do wiertarki, ale zamiast końcówki na wiertło ma trójkąt do mocowania papieru ściernego. Nie jest tak ciężkie jak szlifierka kątowa i dociera w zakamarki. Dzięki temu po 4 dniach zostało mi tylko pomalowanie 2 okien z 6 przeznaczonych do odnowy. Na marginesie polecam produkty firmy V3V. Są bardzo trwałe i dobre jakościowo. Oczywiście to nie tak, że szlifowanie to pestka, męczy i to porządnie, ale jest 10 razy szybciej i bezkrwawo;-). Z pyłem poradziłam sobie wkładając stare gogle narcierskie. Swoją drogą ciekawe co sobie myślą sąsiedzi...

Biegam. Aby o siebie zadbać. Aby mięśnie były sprężyste i aby moje kobiece samopoczucie nie opadło do zera. Widać efekty. Opłaca się.

Próbuję zrobić konfiturę z wiśni. Tak dla niespodzianki, co mi z tego wyjdzie. Bo ja nie jestem słoiczkową gospodynią. Wolę pójść z psem na spacer, a potem posmarować chleb konfiturą ze sklepu. Tak mam.

Za to kocham kwiatki, jak już 1000 razy pisałam. W tym roku pięknie kwitną jeżówki purpurowe, czyli Echinacea

Wczoraj przyszło mi do głowy, że dawno nie bawiłam się apratem i tak spontanicznie dokonałam kilku autoportretów, jako że innego ludziego obiektu nie mam w domu. Oto jedno z nich .

Dzisiejszy wpis jest chaotyczny, wiem, ale to moje myśli nieposkładane dają o sobie znać. Może jutro napiszę coś o grze na pianinie...

Pozdrawiam gorąco:-)

 

 

18:06, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (12) »
wtorek, 13 lipca 2010

Dziś będzie o skrzydlatym gościu, co to zwiewał na widok kwiatków. Za to moje stopy obdarzył szczególnymi względami przez prawie półtorej godziny. Za pewne byłoby dłużej, gdyby krew  nie odpłynęła z moich nóg z powodu niezmieniania pozycji ciała. Otóż przyleciał motyl, ładny bardzo (jak widać) i chyba nieco nie doświadczony życiowo. Zaczął wizytę od uporczywego siadania na głowie Mężczyzny. Po chwili, postanowił przenieść się na mój biust w kwiecistym kostiumie kąpielowym. Pospacerował trochę, pomyślał i postanowił udać się na czubek mojego dużego palca u nogi. Żeby nie było, w tym czasie pękaliśmy ze śmiechu, ponieważ przez nieuwagę natknął się na prawdziwego kwiatka. Tak się wystraszył, że ledwo uciekł i drżącymi skrzydlami osiadł na moim paluchu.Od razu z góry prepraszam za stan mojego lakieru do paznokci, lecz nie przypuszczałam, że trafi się taka motyla sesja. I tak gość nasz maszerował i podfruwał i chodził i podskakiwał. Z góry na dół przez ponad godzinę. Ale mi się fetyszysta kobiecych stóp trafił:-)))

Po tak uroczym poranku nabrałam chęci do działania. Od 2 lat mamy leżaki z marketowej wyprzedaży. Miały być na sezon, ale jakoś tak się do nich przywiązaliśmy. Niestety po srogiej zimie i po złym ich traktowaniu wyglądały tak. Sama rozpacz. Podarte, uchlapane przez fachowców tynkiem i smołą. Na foto oczywiście Lolka, która zawsze wepchnie się na pierwszy plan.

Leżaki stały biedne w naszych ruinach i za pewne by zmarniały do reszty, gdyby nie hasło ze strony Mężczyny na temat nowego obicia. Nie powiem, zapaliłam się, bo jak lato idzie to rzucam obowiązki i naprawiam różne rzeczy. Przy okazji wizyty w mieście wstąpiłam do IKEA i po go godzinie grzebania na stoisku z materiałami wybrałam takie coś To bardzo grube bawełniane płótno z motywem (chyba) owoców, ale nie wiem czemu kojarzy mi się z oliwkami. Trochę ma za dużo bieli, bo po przymierzeniu już oczyma wyobraźni widzę te plamy po sezonie...... Dzień był upalny, więc wyciągnęłam maszynę na ganek i całkiem miły kącik krawiecki mi się zrobił. Niestety, żeby tak pięknie nie było, masakryczne okazało się zdejmowanie starego materiału. Tandetne chińskie śrubki za nic nie chciały się odkręcać, ale chcieć to móc i w końcu mi się udało. Do tego wpadłam na pomysł przy pierwszym leżaku, że naszyję nowy materiał na stary (by się nie wypychał). Niestety nie przewidziałam, że moja cud-maszyna nie przeszyje tak grubego materiału. W efekcie złamałam 3 igły. Z drżącą ręką zabrałam się za szycie drugiego leżaka. Ale zamiast starego podkładu dałam płótno lniane. Tym razem nawet się udało. Na koniec zostało skręcanie. Koszmar po raz drugi; ukręcone gwinty, poranione dłonie, itd. Wieczorem, po całym dniu usiadłam na nowym leżaczku, ale po minucie uciekłam do domu, bo komary zjadły mnie żywcem. Za to nastepnego dnia usłyszałam piękny komplement od moje ˝prawie sywagierki˝: o, widzę, że kupilicie nowe leżaki. Jakie ładne...

I tu dochodzę do tematu gości i sobotniej imprezy. Miało być dość spokojnie, zaprosiłam mamę i jej męża z okazji po pierwsze- moich urodzin czwartkowych, a po drugie- żadko do mnie przyjeżdżają. jeśli jestem przy urodzinach to dopadnie mnie 30-tka. Jakoś nie wiem co o tym myśleć. Niby mało, a dużo. Na szczęście jak do tej pory nie mogę narzekać na jakieś przedwczesne starzenie, generalnie chyba się trzymam. Ale to zawsze zmiana "kodu" przed nazwiskiem, jak mawia jedna z moich koleżanek. Trochę mnie to strsuje, bo dorobku życiowego nie mam za bogatego.: mąż-0, dzieci-0, wciąż studiuję (bo doktoranckie to też studia), i jakoś tak mnie cały czas coś gna. Niby staram się ten dom stworzyć, ale w głowie mam lęk przed odpowiedzialnością. Czasem to bym się złapała maminej spódnicy... W każdym razie poprosiłam Mężczyznę abyśmy ten dzień spędzili w moich kochanych Tatrach. Gdzieś na szlaku Zachodnich. Bo kocham to miejsce i to moja prywatna manifestacja, że wcale ze mnie taki ramol nie jest i dam radę. Wiem to śmieszne, ale ja jestem poddatna i wrażliwa na zmiany życiowe. Oczywiście drugiego powodu nie podaję do wiadomości męskiej. Wyjeżdżamy jutro, a wracamy w niedzielę. I to chyba tyle z naszego urlopu będzie. mam nadzieję, że uda mi się dowlec szampana (małego) i świeczki (3) na szczyt np.Wołowca. U mamy zamówiłam sobie prezent. Pióro- takie burżujskie, markowe, ze złotą stalówką. I z wygrawerowanym czymś od niej. Od dziecka uwielbiam pisać, i kocham takie rzeczy. Tak więc mama przyjechała wręczyć mi owe pióro, bo w dniu urodzin będę gdzieś w górach. Natomiast Mężczyzna wymyślił, że dla lepszego image imprezy przywiezie swoją mamę i zaprosi brata z żoną. I tak ze skromnego luźnego spotkania zrobiło się przyjęcie. Dobrze, że moja mama mi pomogła, bo strasznie się zestresowałam. Nienawidzę gotować, nienawidzę przyjmować gości na przyjęciach, nienawidzę..... To wada, ale tak mam. Njchętniej zaprosiłabym wszystkich i pozwoliła na samoobsługę. Niestety jak to bywa- nie wypada. No i była pomidorowa, deski serów i suchych wędlin, salatka z rukoli, salatka z mozzarelli, szaszłyki z grilla i ciasto... Na obrazku wyglądało na przyjazne kucharzom. Niestety pieczenie bezy i ubijanie śmietany w 30 st.C okazało się karkołomne. Na szczęście jako tako się udało.

Po 4 godzinach połowa sobie pojechała, a my w czwórkę wsiedliśmy na rowery. Ten pomysł uratowal mi życie. Pęd powietrza i zapach lasu ukoił mój stres kucharski;-) Po wycieczce dostałam pióro, ale z zastrzeżenie, żemogę otworzyć dopiero 15 lipca. Tak więc chwalić się będę po powrocie. Za to niedzielę miałam pracowitą. Skansen w Sieradzu i badania do projektu na temat obyczajów ludzi z małych tradycyjnych społeczności. Tam natknęłam się na wycinanki sieradzkie. Chyba spróbuję.....:-)

Pozdrawiam z upalnego dworku:-)))

 

22:43, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (8) »
niedziela, 28 marca 2010

Usłyszałam to niedawno, po wielu latach. Świat jest brzydki, ale piękny czasem.... czasem nawet bardzo. Aż łza ciśnie się do oka...

http://www.youtube.com/watch?v=9_lLzasVFlA

Brzydka ona, brzydki on
Mała stacja, kiepski bar
A oni przytuleni, jakoś niezwykle tak
Jakby się miał utlenić nagle świat
I gdzieś w jeziorach źrenic
Światła na tysiąc par
W czterech słońcach czar

Gdzieś tu chyba zakpił los
Ona brzydka, brzydki on
A taka ładna miłość, aż nierealna wręcz
Tak jakby ich spowiła tęcza tęcz
I wszechobecna siła
Tchnęła najczystszy ton
W tkliwy serca dzwon

Nie mów do mnie często zbyt
"Wyglądasz dziś jak nikt"
Jakoś nie bawi mnie już wcale
Ten banalny sznyt
Ja ci odpowiem szczerze
Uprzejmie wierzę, lecz nie w tym rzecz

Brzydka ona, brzydki on
A taka ładna miłość
Mała stacja, kiepski bar
Brzydka ona, brzydki on
A taka ładna miłość
Brzydka ona, brzydki on
To nie w tym rzecz

Nie w tym rzecz

18:02, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (6) »
wtorek, 09 marca 2010
Bardzo Wam dziękuję za trochę otuchy, rady doświadczonych, mądrych kobiet. To oczywiści nie tak , że jestem tyranizowana, że tylko ja się męczę z życiem, że Mężczyzna za piłką biega podczas gdy ja szoruję podłogę na kolanach. Jest człowiekiem, którego kocham i on mnie kocha, dużo mi daje ciepłych chwil i rzeczywiście ciężko i odpowiedzialnie pracuje. A ja,Jak każdy mam wady: brak organizacji, trochę lenistwa za skórą, wolę przyjemności od obowiązków, nie znoszę gotować (choć w weekendy to robię+ wszystkie śniadania i kolacje) ... jednak po prostu przychodzi czas kiedy nie potrafię poskładać wszystkiego w całość, kiedy pomimo moich wysiłków jestem ganiona za nicnierobienie. Spotykam się z zarzutami, że zarabiam marne grosze, własciwie wcale, i na nim spoczywa cała odpowiedzialność. Boli mnie niedocenianie tego co zrobiłam, a podkreślanie tego czego nie zrobiłam. Buntuję się na niezdawanie sobie sprawy z ogromu przestrzeni do oporządzenia i zupełnego niezrozumienia, że ja nad tym nie panuję. Boli także umniejszanie roli moich obowiązków, studiów dokt. (no bo to przecież jak studia...nic nadzwyczajnego, wielu to przechodzi), realizacji pracy doktorskiej ( no przecież trzeba tylko trochę poczytac, coś tam ponagrywać z ludźmi, coś tam popisać ...), zajęć ze studentami ( on kiedyś prowadził i wcale trudno nie było...), remontów domowych ( przecież to lubię, a właściwie to dlaczego belek pod sufitem nie wyczyściłam z pyłu i nie zaimpregnowałam od pół roku??)... Boli ten brak zrozumienia z jego strony, że praca intelektualna w domu to też praca i też bardzo męcząca, że nie da się przełożyć 8h w biurze na 4h czytania publikacji naukowej, bo to czasem jest jak 12h pracy a czasem jak pół. czasem przez tydzień brak jest materialnie istniejących efektów moich wysiłków i nie potrafię udowodnić jak wiele przez te dni zrobiłam. On wchodząc do domu oglasza ilu pacjentów przyjął, ile godzin pracował i ile miał opłat. Mojego życia zawodowego nie da się tak przeliczyć.
 Mężczyzna nie ma kiedy mi pomóc, ponieważ prawie cały czas siedzi w pracy.  Niestety kiedy jest, potrafi przewrócić przestrzeń do góry nogami. nie potrafi zrozumieć, że odnoszenie na miejsce powywlekanych przedmiotów to moje godziny i kilometry przechodzone po domu... a w tym czasie mogłabym sprzątać pajęczyny. W psychice to On zadecydował, że dom będzie na mojej głowie, bo w jego życiu jest więcej trudniejszych i cięższych rzeczy.  Oczywiście będę się buntować, będą walczyć o własne ja, o czas na przyjemności .Natomiast duża różnica wieku między nami sprawia, że on jako człowiek raczej się nie zmieni... Dziękuję za ciepłe słowa. kryzys pewnie zaraz minie:-)
PS dziś uszyję poduchę,a co!!! .....odkurzę 200mkw, zmyję mopem 200mkw, opróżnię zmywarkę, zrobię pranie, poskładam pranie i poroznoszę, przyniosę drewno i napalę w kominku, pochowam porozwlekane rzeczy różne, zrobię kolację. Z analizą projektu badawczego i streszczeniem problemowym Raportu Komisji Europejskiej za pewne nie zdążę......
15:39, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (7) »
niedziela, 07 marca 2010
Jak ja sobie nie radzę z czasem. To za pewne brak dobrej organizacji, ale byłabym zbyt krytyczna wobec siebie gdyby to był jedyny powód. Zazdroszczę wszystkim tym, dla których sprzątanie domu, czyszczenie mebli, pranie i gotowanie jest czynnością naturalną. Może gdybym miała kilkaset metrów mniej na głowie, może gdyby mój mężczyzna nie był takim przepotwornym bałaganiarzem, może gdybym bardziej lubiła jeść, może gdybym nie miała mnóstwa zainteresowań. Dla mnie życie jest za krótkie i za ciekawe, żebym miała łamać kręgosłup w kuchni i stresować się pajęczyną na suficie. 1000 razy wolę iść na spacer, przeczytać książkę czy wymyślić jakiś nowy projekt z "prac ręcznych". Oczywiście to nie tak, że ja w brudzie się pławię, bo sprzątam i piorę i porządkuję. Ale gotować nie znoszę. Mam w domu z tegoż powodu nieprzyjemności....bo czym mężczyzna za młodu w domu u mamusi nasiąknie tym w drugim dorosłym domu niestety trąci..... Ach zła jestem, po wczorajszym wieczorze.... Do tego zupełnie nie jestem w stanie pogodzić roli gospodyni domowej,gotowaczki i sprzątaczki 360mkw domu,porządkowaczki papierów w domu, ogrodniczki , studentki studiów doktoranckich I roku, wykładowcy za darmochę na uniwersytecie, badacza i twórcy artykułów naukowych, pracownika politechniki w roli wykładowcy, zadbanej, uśmiechniętej kobiety, kochającej podróże, narty i pasjonatki rękodzieła wszelakiego. Acha zapomniałam o roli kochającej córki i pamiętającej przyjaciółki. Do cholery, nie radzę sobie!!!!!! Jestem zmęczona i guzik z tego wszystkiego mi wychodzi!!!!!! Jak Wy sobie radzicie????
Robię wszytko w takim stopniu, by ten cały bałagan nie rozleciał się w drobny pył. Jestem zmęczona i śpiąca, choć śpię w niektóre dni do 9.30 (w poniedziałki i wtorki wstaję razem z kurami). Za to chodzę spać po północy. Dlaczego? Ano dlatego, że Mężczyzna wraca do domu ok 23.00 i ja z kolacją czekam i miłe slowo chcę usłyszeć, na które jak się okazuję on jest za bardzo zmęczony. I tak siedzimy po nocach zmęczeni, on wstaje przede mną i się relaksuje do południa, a ja w amoku próbuję zagarnąć jego nocny bałagan. On idzie do pracy a ja zostaję z tysiącami niezrobionych, zaplanowanych rzeczy. Przetrę kurz, zmyję muszle klozetowe, poskładam pranie, zmiotę pobieżnie schody na zewnątrz i już póżne popołudnie mnie zastaje. Siadam z poczuciem winy do biurka i nie wiem w co ręce włożyć- w projekty badawcze, angielski, przygotowanie ćwiczeń z socjologii rynku, a może opracowanie wywiadów do doktoratu, czy przeczytanie zadanych 150 stron tekstu o interdyscyplinarności nauk społecznych... Robię cokolwiek. Cokolwiek za mało, za wolno, za nieefektywnie. Wieczór zastaje mnie nieoczekiwanie- trzeba zmywarkę opróżnić z czystych naczyń i kwiatki podlać i rachunki sprawdzić. Miatam się patrząc na dywan pełen okruchów (po stronie Mężczyzny ), potykam o ksiązkę z anatomii, leżącą od 2 miesięcy tam gdzie nie jej miejsce, potrącam nożyczki wywleczone przed 3 dniami do łazienki, acha trzeba wyprać brudny strój piłkarski, bo we wtorki Mężczyzmna wieczorami relaksuje się kopiąc piłkę. I mam zadzwoni, bo się nudzi i przez 40 minut opowiada o kocie. 22.00 mija mam pomysł na zrobienie kolczyków, ale gdybym je zrobiła będę miała wyrzuty sumienia, że nie wytarłam rozlanej wody pod kwiatkami. I trzeba w piecyku napalić, bo na poddaszu zimno się robi a Mężczyzna mówi, że nie mamy tyle pieniędzy, aby ogrzewać cały dom. A mój pokój właśnie na poddaszu się znajduje. Szłam z koszem na drewno i żeby nie wybić zębów pozapalałam światła  w każdym kolejnym pomieszczeniu. Wracając zobaczyłam Mężczyznę wracającego z ciężkiej pracy. Poczekam, może dostanę buzi. Niestety nie tym razem , jest za wściekły na kogośtam i na cośtam. Wchodzimy do rozjaśnionego wszystkimi żarwkami domu , no i dostaje mi się za rozrzutność i trwonienie pieniędzy. I , że ja nie zarabiam, bo te pare groszy na politechnice to nawet na benzynę nie starczy.  A w ogole to on ma dość bo jest sam ze wszystkim, gabinet do sprzątania (70m), i w urzędzie i w banku wpłacić i nie zdążył fachowców załatwić to położenia kostki przed domem... A ja to przecież mam dobrze,  i nie wiem co to prawdziwe życie....  Smutno mi czasem.
W zeszłą niedzielę o 1 w nocy postanowiłam wypróbować możliwości mojej drukarki. Rozczarowała mnie jej postawa wyjątkowo pozytywnie:-skanuje i drukuje na przyklejonej do kartki tkaninie, niczym profesjonalna maszyna. W ferworze pomysłów a woreczki, fartuszki i poduchy wyprodukowałam takie oto przyszłe ozdabiacze:
To zeskanowane nuty mojej babci, z których i ja czasem korzystam:-) Dalej zdjęcie kuzynki mojej babci z 1921r. i wydrukowany wzór z serwetki do decoupage. Kolejne prostokąty materiału to scan innych starych nut i następnej serwetki. Mam jeszcze tkaninę z zaprojektowanym napisem i materiał z wydrukowanym tekstem ozdobną czcionką- niestety nie zdążyłam zrobić zdjęcia, bo godzina 2 w nocy zmusiła mnie do snu ( do 5.30 rano w poniedziałek). W kolejnej części tygodnia, będąc chwilkę w mieście zakupiłam trochę wiosny do domu:-)Są jeszcze 2 prymulki soczyście czerwone, ale też nie zdążyłam sfotografować..... Pozdrawiam Wszystkie Nie radzące Sobie Istoty:-)
19:37, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (7) »
niedziela, 17 stycznia 2010

Postanowiłam być silna . Tylko jak temu podołać kiedy odchodzą najbliżsi...
3 miesiące po odejściu mojego taty wiem, że za parę minut lub godzin, może dni (choć nic nie daje na to szansy), będę musiała rozpocząć kolejną walkę i próbować godzić się z odejściem bliskiego człowieka. Tato mojego Mężczyzny walczy z każdą chwilą, choć sił już brak.....
17:15, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (3) »
niedziela, 03 stycznia 2010
Wybranie szablonu na bloga to koszmarna sprawa... A to za kolorowy, za wąski, za żółty, za nudny, za pstrokaty itd. Niestety moje kompetencje informatyczne nie pozwalają mi na stworzenie czegoś własnego, więc już dwie godziny wybieram i wybieram... Mam potrzebę zmiany. Nowy rok, nowe wyzwania, nowa twarz. Przecież blogi są naszymi twarzami... Na razie tak zostanie.
15:14, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (3) »
piątek, 04 grudnia 2009
Jak ktoś bliski odchodzi, pojawiają się pytania. Pytania na które już nigdy nie dostaniemy odpowiedzi.
Zawsze byłam dumna ze swych korzeni, nazwiska, pochodzenia. Co ciekawe bez zastanowienia, od zawsze za swe podstawowe korzenie uważałam te od strony mojego ojca. Może z próżności, bo to wykształcony ród od pokoleń, z inżynierami i artystami. Może dlatego, że ciąży na tej rodzinie tajemnica i tragiczne losy...? Po odejściu taty, kuzynki uświadomiła mi, że jesteśmy ostatnimi osobami po naszym pradziadku. To paradoks, że kobieta nie ma szans (bądź jest to bardzo trudne) przekazać dalej nazwiska, które tak wiele znaczy i spaja historię rodziny. Niemniej jednak ta świadomość sprawiła, że pochłonęły nas próby odtworzenia nasze przeszłości, przywołania tych wszystkich ważnych osób, których cząstką jesteśmy. Niestety żadnej z nich nigdy nie widziałyśmy. Ale nawet strzępki opowiadań i wspomnień są teraz bardzo cenne...
Oto sprawca:-) Dziadek Kazimierz. Wszyscy zarzekali się, że wyglądał jak Rudolf Valentino. Zresztą sama bym się za takim gościem obejrzała na ulicy;-) Dziadek  był inżynierem i zajmował się melioracją. Dużo pracował. Po śmierci żony jakby zapadł się w sobie. Po latach znalazł inną kobietę, z którą pozostał do końca swego życia. Nigdy jednak nie stworzył synom "drugiego domu". Na zmianę życia pozwolił sobie dopiero gdy obaj się usamodzielnili. Raczej należał do mężczyzn z twardymi zasadami i charakterem.
I Seweryna, zwana pieszczotliwie Sewą.Bardzo pragnęła mieć dzieci. I te marzenia spełniły się dwukrotnie. Na każdym zdjęciu widać jak tuli synów i czule się uśmiecha. Była jedynaczką, dla której matka wiele poświęcała. Sewa uczyła się grać na fortepianie. Do zdjęcia co prawda pozowała ze skrzypcami: Skończyła konserwatorium i koncertowała, choć nie na wielkich koncertach. Dzięki temu, że również nauczała gry na pianinie moja rodzina w miarę znośnie przeżyła wojnę. Dzieci oficerów, zakwaterowanych w domu rodzinnym pobierały lekcje gry. Mojej rodzinie pozostawiono pokój i pozwolono zachować dwa instrumenty. Sewa opiekowała się domem, mężem i synami. Niestety  te słoneczne chwile trwały tylko do jej 39 roku życia, Była w cięży i prawdopodobnie na skutek komplikacji dostała sepsy. Odeszła. Pozostawiła po sobie zrozpaczonego męża, i dwóch synów. Młodszy, pewnie ze względu na wiek, pogodził się choć trochę z takim losem.Michał zaś, zwany przez wszystkim Misiem już nigdy się szczerze nie uśmiechnął. Odejście kochanej matki sprawiło, że 14 letni chłopiec zawsze pozostał nieprzygotowanym do życia, smutnym, ufającym tylko sobie, utalentowanym muzycznie, człowiekiem. To był mój tata. Dalszym wychowaniem zarządzała prababcia Franciszka (zdjęcie innym razem), ponoć w młodości świetna bizneswomen, właśicielka szwalni. Na starość niestety stała się nieco despotyczna i nieprzystępna.
Teraz kiedy zastanawiam się nad losami mojej rodziny widzę jak wiele we mnie cech tego wszystkiego co się wydarzyło przez ostatnie co najmniej 120 lat...
21:44, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 września 2009
Jestem tu przez przypadek...po prawie miesiącu przerwy. Właściwie przychodzę z refleksją, że życie pędzi z jakąś nieopisaną prędkością, a ja mogę tylko popatrzeć przez szybę na to co los przyniesie.
Remont w domu prawie się zakończył.
Podjęłam próbę dostania się na studia doktoranckie na socjologii. Trochę wbrew sobie, ale jakoś innego pomysłu na życie chwilowo nie było. Kocham dom, ogród i wolałabym może powadzić sielskie życie...ale jak wszyscy mawiają- taka okazja się może nie powtórzyć. Tak więc niechętnie zabrałam się do konstruowania projektu doktoratu. Nieco zbyt mało czasu sobie ostawiłam, więc końcówka była stresowa... Do tego trzeba bylo złożyć mnóstwo papierów o sobie, jakiś mało ważnych świstków...jakby kogoś to interesowało! Wyznaczyli datę egzaminu. Kolejny stres. Komisja nie raczyła przeczytać projektów, wię zmieniono dotychczasową formułę na "obronę projektu"- ..."Ma Pani 20 minut na zaprezentowanie swojego projektu i swojej osoby. Czas START!" Koszmar. Ale jakoś się zebrałam. Po wszystkim następnego dnia dostałam temperatury i jakiejś niemocy. Tak sobie pomyślałam..czy to życie Zachodu jest warte???
dwa dni później telefon. Dostałam się. No i co z tego?
W niedzielę przyjechał mój tata, którego miałam zawieść do Krakowa na operację serca. Bardzo gorąco go na nią namawiałam, tym bardziej, że wszystkie lekarskie opinie mówiły, że jest konieczna bo tato umrze. Przyjechał. Nawet uśmiechnięty, wygłądał na 65lat , a nie na swoje 74... Całkiem zdrowo. Zjedliśmy kolację , rozmowa, miły czas... Następnego ranka byliśmy poddenerwowani. Niby czas do operacji był długi- parę dni, ale podskórne napięcie drażniło ciało i psychikę. W szpitalu przyjęcie było miłe, sprawy organizacyjne zajęły czas do wieczora. Trzeba bylo dotknąć trudnych tematów. Co mam robić, gdyby stało się źle...? Dostałam litę przyjaciół i tych, którzy powinni wiedzieć. W końcu tylko ja zostałam przy tacie. Spieprzył sobie życie...kobiety jak rękawiczki, jedna do pubu, druga do garów, trzecia na wycieczkę. Kóra to wytrzyma. Jego pierwsza córka ma go gdzieś. Przestał dla niej istnieć. Owszem nie był wzorowym ojcem i mnie też było z nim swego czasu milcząco pod górkę. Ale to mój tata i w końcu w moim dorosłym życiu okazał się  bardzo ważny.W chwili pożegnania pociekły łzy. A może to ostatnie spotkanie? Nie wytrzymałam napięcia. W histerii zadzwoniłam, że przyjedę w środę. Bylo jeszcze gorzej. atmosfera na oddziele przedoperacyjnym przypominala czyściec ( to porównanie jednego z panów na sali). Dalej może być niebo, albo piekło. Bardzo się bałam. Miałam poczucie, że to ostatni dzień kiedy pogodzona ze starym chorym ojcem, córka może się cieszyć z jego obecności. Będąc z nim dostalam telefon, że mam pracę, na uczelni. Tak chcialam, ale w tym momencie wydalo mi się to bezsensowne. Rozmawialiśmy o tym. Chyba się ucieszył, że życie jakoś mi się układa. Ale każda rozmowa miała podtekst jego odejścia. Nie zabrałam go do domu. Zawiozłam i zostawiła, ze slowami " do zobaczenia zatrzy, cztery dni"... pokiwał ze smutkiem głową.
Dziś jest piąta doba po zabiegu. On leży w śpiączce, pod respiratorem, z mechanicznym balonikiem w sercu, który za nie bije. Miał nie przeży, ale wciąż żyje, a ja codziennie słyszę mantrę lekarzy " stan bez zmian. trzeba czekać" Czekać na co?
Wieczorem przed operacją przysłał mi smsa "kocham Cię córeczko" Ja mu odpisałam "też Cię kocham i wierzę, że wszystko będzie dobrze". może za malo wierzyłam?
Nigdy nie ma dobrego czasu na odchodzenie tych którzy są nam najbliżsi. Mówcie im za wczasu, że ich kochacie, bo potem zostają tlko smsy.
17:56, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 sierpnia 2009
A rzecz będzie oczywiście o zakupach, a ściślej o szmatkach...
Kiedyś bardzo się broniłam przed rozwijaniem w sobie tych ubraniowych ciągot, licząc, że z wiekiem mi to przejdzie. Niestety słabości do tkanin i fasonów narastają w siłę i bronić się przestałam:-)
Czasem (ku przerażeniu Mężczyzny) potrafię spędzić cały dzień biegając po sklepach. Bywa, że ów maraton zakończony jest "nicniekupieniem" czym wzmagam męskie przerażenie. Ostatni spacer po miejskim centrum konsumpcji nie był tak łaskawy dla portfela i stałam się posiadaczką kolejnych 3 bluzek...
nie były to zamierzone zakupy, lecz każda z tych rzeczy ma głębokie uzasadnienie. Czasem jest bowiem tak, iż szczegół zadecyduje o przymusie posiadania konkretnej rzeczy.  Po pierwsze nastrój duszy- zmusił mnie niejako do zakupu różowo-czarnej zwiewnej koszuli.Zauroczył mnie kontrast delikatności koloru i ostrości dodatków. Romantycznie i zdecydowanie. Materiał połyskuje, ale w żadnej mierze nie powiem, że to słodki ciuszek...
Po drugie PIÓRA- piękne wielkie o urokliwych nasyconych dostojnych kolorach. Spadają na na dolną część pleców, nieco odkrytych tylnym dekoltem. To uczucie jakby całe piękno pawich wdzięków błądziło po kobiecym ciele...


Po trzecie WILKI- są piękne. Są dzikie i wolne. Są mądre. Szarość i srebro podkreślają te cechy. To taka wyrafinowana forma obcowania z tymi osobistościami.
Powiecie, że to naciągane teorie, przerost formy, niepotrzebne ideologie... może. Ale lubię takie baśnie, bo rzeczywistość staje się mi bliższa. Wszystko co mam i czego dotykam chcę by było mi bliskie. Tak jest i z tymi wyśmiewanymi ciuszkami...
21:09, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (1) »
czwartek, 30 lipca 2009
Wróciłam. Nie opalona, nie do końca wypoczęta, ale trochę "odnowiona" wewnętrznie. Chwilka w miejscu odległym od domu sprawiła, że nabrałam nieco dystansu do rzeczywistości. Niestety lenistwo też zagościło w kościach;-)
Jeżdżę tam od ponad 20 lat. Kiedyś było zupełnie dziko. Teraz ludzie dotarli i tu. Są kolorowe parawany i panie w pareo. Na szczęście parę metrów dalej wciąż można mieć przestrzeń dla siebie.
Dziś chcę podzielić się czymś banalnym, odwiecznym, nieustannym i chyba nieprzemijającym. Zachody słońca żegnają nas co dzień. Są naturą codzienności i tylko okazjonalnie zachwycamy się ich urodą. Nad morzem pragniemy cukierkowych różów lub ognistej kuli topiącej się w tafli wody. Nas pogoda nie rozpieszczała i nie dostarczała obrazów niczym z idealnej widokówki. Zachody były jeszcze piękniejsze, jeszcze bardziej mistyczne, czasem nawet złowrogie, ale zawsze piękne.


15:01, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (1) »
sobota, 30 maja 2009
Istnieję i o blogu nie zapomniałam. Po prostu w mijającym tygodniu kończyłam swoją 9-letnią egzystencję w roli studentki. To rewolucja, bo studia były sensem mojego dotychczasowego życia. Co ciekawe po obronie mam wrażenie, że nic się nie wydarzyło, ale teraz zaczyna się coś co nazwałabym odpowiedzialność. No, Karolinko- czas dorosnąć. Nie ukrywam swoich obaw, o tę dorosłość i zapętlanie się w wir pracy... W każdym razie zostałam socjologiem:-) Sztuki:-))))) Z powyższych powodów rękodzielnictwo zostalo na boku mych ostatnich dokonań, ale już się szykuję- chustecznik decoupagowy, i renowacja mebli!!!! Będę walczyć z okropną socjalistyczną ławą...kupiłam pistolet tapicerski, zszywki i materiał...ciekawe co z tego wyjdzie??? Dziś będzie bez zdjęć, bo nie mam siły siedzieć przy komputerze. Jeszcze nie.
12:47, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 maja 2009

Właściwie od zawsze pociągała mnie fotografia. Świat po "drugiej stronie" zawsze wydawał się inny, może lepszy?
Piękne zdjęcia robił mój tata i wujek, kiedy jeszcze chciało im się wychodzić poza przeciętność codzienności...Sami potem wywoływali filmy, kadrowali, generalnie tworzyli coś od jego początku do końca.
Ja, no cóż...pewnie pozostanę w fazie fascynacji fotografią, bo życie jest za bogate by móc tknąć choć trochę wszystko czego by się pragnęło. Gdybym mogła zajęłabym się chyba portretami. W ludzkich twarzach czasem widać wszystko.

Póki co, w wolnej chwili, gdy urzeka mnie coś wokół, staram się zatrzymać ten moment w obiektywie.


Czasem zwyczajne rzeczy, pod wpływem światła stają się magiczne.

15:26, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (6) »
sobota, 09 maja 2009

Mam dziś imieniny:-) Imieniny Karoliny:-))
Może to niestosowne tak publicznie głosić ten fakt, ale w końcu blog piszę również dla siebie i osobie. Jestem bardzo przywiązana do mojego imienia i prawdopodobnie stąd ta silna potrzeba dzielenia się powyższą informacją;-)
Absolutnie nie oczekuję życzeń, bo i tak najprzyjemniejsze są te od tych co pamiętają- dziękuję I.:-)
Za to dostałam piękne prezent od Małgorzaty haftymalgosi.blox.pl/html,  i una-invitada una-invitada.blog.onet.pl/do których dotarły zakładki (i serwetnik dla Małgorzaty) i chyba się podobają:-)
Na koniec życzę sobie (nieskromnie) dużo sił i wytrwałości w zrealizowaniu najbliższych planów, mnóstwa czasu i energii twórczej i radości, bo nigdy jej za wiele, a wszystkim, którzy to czytają, życzę- zupełnie tego samego:-)))))))
12:58, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (8) »
niedziela, 03 maja 2009

Właściwie wielokotnie zdawało mi się, że szalenie dobrze czułabym się, żyjąc w XIX/XX w. Może to piętno mojej mamy, którea zawsze ubierała mnie i czesala NA grzeczne dziewczątko z dobrego domu, ewentualnie panienkę z pensji dla dziewcząt. I tak pielęgnowałam w sobie taką wewnętrzną nobliwość i cechy, chyba już niegdysiejsze. Może stąd zamilowanie do szydełkowych serwet, aksamitu i dobrych manier.

Dzieś Mężczyzna pojechał sobie w Polskę, a ja zostawiona sama sobie, wpadłam na pomysł uwiecznienia swego wewnętrznego "ja" poprzez cyfrową technologię:-)))

Ciekawe jak wyglądałby długi weekend 200 lat temu?Czasem czuję się jak bohaterka "Godziny pąsowej róży"...

15:39, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (7) »
piątek, 01 maja 2009

Dostałam taki piękny prezent od iwiki http://iwika2502.blox.pl/html:-)))

Cieszy najbardziej na świecie, bo to pierwsze takie wyróżnienie. Obiecuję nie przynieść wstydu:-))))))

Rozumiem,że teraz kolej, abym to ja przyznała zielony upominek, co będzie bardzo trudne, zważywszy na kreatywność blogowiczek:-) Wlaściwie to niewdzęczne zajęcie, bo lubię zaglądać w przeróżne miejsca i w każdym z nich odnajduję piękne inspiracje. Tak więc pozwolę sobie rozdać wyróżnienie wszystkim, do których ja zaglądam i którzy odwiedzają również mnie:-)))Zapraszam po odbiór:-)

A teraz chwila napięcia... Dziś losowałam zestaw serwetnikowo-zakładkowy:-)

Najpierw stworzyłam listę osób, które zostawiły ślad pod notką, nadałam im numerki, wrzuciłam ponumerowane karteczki  do koszyczka i ....wylosowałam numerek 14 (malgorzata-p17).Proszę przesłać mi dane do wysyłki na maila pepsifive@wp.pl i zaraz po weekendzie pospieszę na pocztę:-) Mam nadzieję, że będzie się podobało:-)

PS. Aneladgam- oczywiście zrobię Ci taki serwetnik, jeśli chcesz. Też w razie czego pisz na maila.To znaczy zrobię każdemu, kto wyrazi taką chęć. Proszę pisać na maila.

PS2.una-invitada! w ramach stałych, przemiłych odwiedzin chciałabym zaproponować Ci zakładkę z bliżej nieokreślonym wzorem:-)

11:51, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (4) »
środa, 29 kwietnia 2009

Niedawno, przy okazji fotografowania moich blaszaków, zajrzałam do ich środka. Zrobiło mi się cieplo na sercu, bo zobaczyłam kilka naszyjników i zawieszek, z którymi łaczą mnie szczególne sentymenty...

Zacznę od dwóch, które sporo lat temu podarowała mi Iza. Zasze starała się wybrać coś szczególnego, co pokocham od pierwszego wejrzenia.Ten ma secesyjny urok. I mimo połysku, jest bardzo prosty.

Zatopiony kwiatek, zapewne w żywicy, był niedoścignionym marzeniem. Kiedy Polska otwierała się na Zachód, otwarto w moim mieście cudowny sklep z biżuterią, jakiej dotąd nie było. Chodziłam tam z I. podglądać nowości:-) Ceny odstraszały , ale urok rzeczy magnetyzował. Do kompletu są malutkie kolczyki z kwiatuszkami.

Ten związany jest z okresem mojego młodzieńczego buntu, potarganych włosów, dreda, glanów i poszarpanych grungowych ubrań i muzyki. Sklepy z rzeczami rodem z Indii stanowiły moją mekkę, gdzie udawałam się z pielgrzymką po biżuteryjne "coś". Tak słodko teraz wygląda...

Kolejny wiąże się z odkryciem u siebie pragnienia posiadania pereł. Marzenie to zrealizowała moja mama parę lat później. Za to do dziś uważam, iż każda prawdziwa kobieta powinna posiadać taką klasykę, bo to nieprzemijające piękno...

Na koniec przedstawiam zawieszkę, która kiedyś była pierścieniem. Bawiłam się nim jako dziecko, wyobrażając sobie świat rodem z "Arabelli". Był wielki i zawsze mi spadał, a po latach po prostu pękł. Zaniosłam go do jubilera, który przerobił go na zawieszkę. Nigdy nie miałam jej na sobie... Może znów spróbujęnadać mu charakter pierścienia, bo mogłabym cieszyć się nim na codzień.

13:31, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 30 marca 2009

Wiem, że wszyscy marzą o wiośnie, cieple, sandałkach i rowerze...

Niestety nie połączę się w tych pragnieniach z nikim!

W tygodniu Mężczyzna zabrał mnie do krainy śniegu:-)

Kocham jego i tę bezkresną biel.

Widząc miliony skrzących się kryształków śniegu, pomyślałam, że jestem najbogatszą kobietą na ziemi...

A przede mną kroczyła moja "BIAŁA ARMIA"...

14:37, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2