moje małe inspiracje...trochę twórczo i codziennie:-
sobota, 06 lutego 2010
Dziś słów kilka o wymarzonej lampce i nie tylko....
urządzanie mojego pokoju trwa w najlepsze. Tak to jest gdy między pracą, nauką,sprzątaniem a praniem zachciewa się samodzielnych remontów;-) Urządzanie kąta do tzw. czynności intelektualnych zapoczątkował Tron. Stał sobie w najlepsze, czekając na łud szczęścia w postaci biurka. Po paru miesiącach, za całkiem okazyjną cenę zakupiłam mebelek, a dokładniej sekretarzyk. Szczęście nie trwało długo, ponieważ okazało się, że plany jego przemalowania (z mahoniowego na biały) są całkowicie nierealne. Poległam na nadstawce, która po nastu bieleniach "jakoś" wygląda, natomiast zupełnie nie pasuje do całego biurka. Wobec powyższego powędrowała w inny kąt pokoju, tam gdzie mam stolik do wszelkich prac ręcznych.Wspomaga maszynę do szycia, gromadząc nitki, nożyczki, tasiemki itp. Tamten kąt pokażę innym razem. Wracając do biurka- niestety pozostało ciemne. Plan kompozycji pokoju uległ zmianom. Zakupiłam więc srebrno-złote ramki, w którym umieściłam fotografie moich bliskich z czasów przedwojennych. Zapanował klimat retro. Nad blatem znalazła miejsce wyszperana na starociach rycinka w przepięknie zdobionej ramce- pieski, kotki, kaczuszki- urocze wsiowe podwórko:-)Obok zawisł nowouszyty woreczek. Początkowo miał służyć do przechowywania biżuterii w podróży ( zawsze mam problem z kolczykami...). Ale po uszyciu doszłam do wniosku, iż świetnie spełni rolę kubeczka na długopisy i ołówki.
mam w zwyczaju podczas pisania gromadzić wokół siebie sterty książek i teczek, tak, że po paru godzinach ledwo można mnie zobaczyć. Potanowiłam więc powiesić półki. Zakupiłam deski, podpórki, wzięłam wiertarkę, poziomicę i.... zawiesiłam. Nawet przeszły kontrolę techniczną Mężczyzny;-)
Gdy usiadłam przy zmontowanym biurku ( składało się chyba z 50 elementów i 150 śrubek....), na wytapicerowanym tronie, pod nowymi półkami, okazało się, że nic nie widzę. Brak lampki... i tak w mojej głowie powstała wizja retro lampki z małym abażurem, w kolorze jasnym. I nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy Ktoś Tam wszystkim kieruje, w każdym razie zaraz następnego dnia weszłam do nowego sklepu ze starociami, i BYŁA:-) Ok.30 centymetrów wysokości, połączenie mosiądzu z jakimś białym kamieniem ( co to może być- marmur?). Niestety abażurek miała w kolorze zielonym... Początkowo chciałam zakupić nowy , biały w markecie budowlanym i doszyć taśmę z kryształkami. Ale na szczęście wygrzebałam urokliwy staroć, w całkiem przyzwoitym stanie.Jedynie wstążka ozdobna do niczego się nie nadawała. Była żółta i brudna. W domu zaraz wymieniłam ją na dwie inne" jasne satynową i przezroczystą.

Lampka ma cudną właściwość- gdy świeci słońce jej kamienne elementy stają się przezroczyste:-)

I tym sposobem mam swój kąt, w którym mam nadzieję będę mogła pracować. A zanosi się, że od końca lutego spedzę tam duuużo czasu....
Teraz korzystając z chwili wytchnienia zabrałam się za malowanie i zdobienie mebli sosnowych....Ale o tym kiedy indziej.

00:08, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (5) »
wtorek, 02 lutego 2010

Pewnie znacie moją fascynację zimą. To niepopularna postawa, wiem.  tym wypadku konformizm jest mi obcy... Zawsze gdy ziemię pokrywa biała warstwa mieniących się w słońcu kryształków, mówię że jestem najbogatszą kobietą na świecie. Mogę godzinami patrzeć na skrzące się płatki i błyszczące sople.... Kiedy wszyscy marzą o wiośnie ja tonę w bogactwie najpiękniejszych diamentów:-)
Ten rok jest wyjątkowy. Zamarzający deszcz oblał wszystko bez wyjątku lodem. Drzewa i druty połamały się pod jego ciężarem. Zwierzęta rozpaczliwie próbowały wykopać coś spod tej żelaznej skorupy. Wiem, to ciężka próba dla przyrody. Kiedy jednak powolutku wszystko się normuje, ja, wcale nie marząc o kwiecistym ogrodzie, podziwiam nieskazitelną biel, krystaliczną przezroczystość i blask. To kilka zdjęć sprzed paru dni. Wyszłam z aparatem, ponieważ pozazdrościłam Beacie z http://beatybombonierka.blox.pl/html ,pięknego uchwycenia cudów i dziwów Królowej Śniegu:-)
To gałązka świerku, pod którym sikorki mają karmnik. Zaś pod nim wysypuję ziarno dla 6 bażantów...
To moje różyczki...
Przygotowanie do zimy...za rok:-) Drewno suszy się na słońcu. Zapasy tegoroczne prawie się skończyły dlatego Mężczyzna rąbie w szopce pozostałe jeszcze pnie, na mniejsze kawałki (dla spostrzegawczych foto poniżej).Codziennie palimy w kominku. Noszę kilogramy drewna, ale nic nie zastąpi strzelającego ognia w zimowe wieczory we dwoje:-))))


A to kilka łąkowych roślinek i traw. Zastygły niczym eksponaty zatopione na wieki w szkle:

To moje ukochane gałązki wierzby mandżurskiej. Wyglądają jak linie zrobione świetlnym laserem:

Ze wszystkich pór roku najmniej chyba lubię jesień. żal mi opadających liści i zmarzniętych kwiatów.Za to gdy nadchodzi śnieg myślę sobie "diamonds are the best girl's friends":-)))


22:38, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (4) »
środa, 27 stycznia 2010
Miło jest robić coś co sprawia przyjemność, miło jest gdy komuś to coś się podoba. W poniższych wypadkach mam wielką nadzieję, że tak się stanie. Na pierwszy ogień wystawiam woreczek- przy sprzyjających wiatrach trafi do Szkocji, bo urzekła mnie historia przemiłej osoby, a właściwie tego, iż jej grzybki leżakują w plastikowej misce:-) Woreczek jest lniany, o wymiarach ok 25x15cm. Napis jest moją fantazją i jednocześnie nieskromną autoreklamą, ale mam nadzieję, że będzie miłym wspomnieniem. Polubiłam papier transferowy, za który zapłaciłam jakieś okropne pieniądze. To trochę głupie, ale sprawia mi przyjemność bawienie się czcionkami i odprasowywanie ich na materiale;-)
Generalnie rozkochałam się w woreczkach i wiążę z nimi przyszłe krawieckie wyzwania. Oczywiście to forma w sam raz dla takich początkujących amatorów. bardzo polecam, bo przy małych umiejętnościach można puścić wodze fantazji....:-)

Druga rzecz trafi dla równie przemiłej osoby, która wykazała się ogromną cierpliwością, czekając na obiecaną zakładkę z lawendą. Niestety drewniana nie dotarła od producenta. Podjęłam więc wyzwanie i uszyłam. Motyw jest wykonany techniką decoupage na tkaninie. Zakupiłam specjalny klej do takich pomysłów. Pierwsza moja serwetka, ozdobiona tą techniką, przetrwała nawet pranie:-)  Preparat tworzy elastyczną warstwę i nieco usztywnia materiał. Ale generalnie daje nowe możliwości fanom decoupage. Pomponik zrobiłam ze srebrzystej muliny i wszyłam między warstwy materiału i koronkę.
Drugą stronę oszczędziłam od decu, bo co za dużo to wiadomo:-) Logo zaś, to moje kolejne zabawy z wprasowankami. 
Może dziś zabiorę się za realizację kolejnych pomysłów. A nazbierało się..... kolejne woreczki, renowacja mebli, zbicie z drewnianych elementów biurka, decoupage na gazetniku dla mamy.... A tymczasem męczy mnie choróbsko, a jutro mam koncert, no właśnie od pół roku śpiewam w chórze akademickim mojej uczelni. Ponoć da się tego słuchać:-)
Pozdrawiam wszystkich, którzy zaglądają do mnie choć na chwilkę:-)))

poniedziałek, 25 stycznia 2010
Jakiś czas temu pisałam, że moja dusza wciąż odkrywa nowe obszary do działania. Po miesiącach remontów, problemów z robotnikami, nieszczęść przez nich poczynionych, uznałam, iż sama zabiorę się za wykańczanie wnętrz. Mój Mężczyzna potrafi wiele, niestety jest jednym z tych co wychodzą do pracy o świcie, a wracają o północy.
Strych już właściwie jest skończony, choć nadal wymaga nieco uwagi (pomalowania drzwi, belek, poszpachlowanie okien itd.). Natomiast korytarzyk od drzwi kuchennych, nazywany u nas "mała sień" ,stanowił dotychczas obraz rozpaczy. Przypominał garażowe lokum po przejściach. Obielone wapnem ściany z dziurami po kuciu kabli, brudne rury w pajęczynach itp...Efekt zwieńczyli stolarze dewastując tynki podczas montażu schodów. Mężczyzna chodził zły i kazał mi szukać fachowców, którzy za niewielkie pieniądze dokonają cudownego przeobrażenia.... Po miesiącach tłumaczeń i sporów, udałam się do sklepów budowlanych, zaczerpnęłam wiedzy tajemnej o gipsach, tynkach, klejach, farbach i zabrałam się do roboty. Minęły 2 tygodnie (pewnie wyczerpałam limit najwolniejszych fachmanów...) i zakończyłam remont. Poza satysfakcją osobistą, zyskałam doświadczenie - tak więc żaden chłop już mi nie wciśnie: "Pani, to się nie da...".....
Sień wymyśliłam sobie w kolorach złota, żółci i ugru palonego. Miała mieć wygląd niczym ze starych willi. Dlatego dodałam trochę sztukateryjnych listew na ściany i wokół lampy. Opanowałam też wiercenie w betonie, aby powiesić obrazki. Przy drzwiach powiesiłam wieszaczki, przywiezione 9 lat temu ze Sztokcholmskiej giełdy staroci. Natomiast na lokalnych starociach dokupiłam na bieżąco świecznik na ścianę i akwarelkę z sójką:-) Traf chciał, że sójkę miałam również we własnych zbiorach obrazkowych. Teraz poluję na trzecią....

11:55, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (8) »
sobota, 23 stycznia 2010
 Nie będę oryginalna. Jest ich na blogach mnóstwo. Oczywiście przepiękne, dopracowane, ze zdjęciami, nadrukami. Moje są skromne, ale za to jak pachną:-) Lasem, kolorem liści, i oczywiście grzybkami, bo o nich piszę. Mieszkam w miejscu, gdzie rośnie ich cała masa (poza tym sezonem, ale nieurodzaj dotknął całą Polskę), tak że po miesiącu nie ma co z tym zbiorem robić.
Co ładniejsze okazy trafiają na wigilijny stół w zupie i sosie grzybowym. Na co dzień wrzucam co nieco do obiadowych dań. W każdym razie w rodzinie Mężczyzny grzyb ma swoją wartość. Jego mama słynie z pierogów z ich udziałem.
Jeśli zaś chodzi o woreczki to na ich pomysł wpadłam ok.2 lata temu, kiedy to rozpadła się kolejna papierowa torebeczka z prawdziwkami, a wszystko rozsypało się po kuchni. Oczywiście co ładniejsze to wpadły pod szafki. Szlag mnie trafił i złapałam za igłę i nitkę, a że akurat zgłębiałam tajniki haftu krzyżykowego został o woreczek ozdobiony napisem (mało innowacyjnym:-)) "grzyby". Niestety nie posiadam zdjęć, ponieważ wisi u mojej mamy. Za to z czasem powstawały kolejne. Skromnie przyodziane w koronkowe paseczki i tasiemki do ściągania. Zaopatrzyłam się również w tzw. papier transferowy do odprasowywania napisów i znaczków na tkaninach. Ich zaletą jest wytrzymałość, prostota użycia, przewiewność i przepiękny zapach. Polecam:-)

PS.Jeszcze raz dziękuję za ciepłe słowa wsparcia. Postaram się mobilizować do pracy, tworzenia i odwiedzania:-)
Iwi-ka, a Tobie także za piękne wyróżnienie:-) Mogę je przekazać Wszystkim do których zaglądam:-)))
00:26, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
sił nie starczyło.....:-(
09:37, pepsione1980
Link Komentarze (6) »
niedziela, 17 stycznia 2010

Postanowiłam być silna . Tylko jak temu podołać kiedy odchodzą najbliżsi...
3 miesiące po odejściu mojego taty wiem, że za parę minut lub godzin, może dni (choć nic nie daje na to szansy), będę musiała rozpocząć kolejną walkę i próbować godzić się z odejściem bliskiego człowieka. Tato mojego Mężczyzny walczy z każdą chwilą, choć sił już brak.....
17:15, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (3) »
środa, 13 stycznia 2010
Mniej więcej 4 lata temu poczułam w sobie silną potrzebę manualnego tworzenia. Nie ukrywam, że koleżanka ze studiów mocno wpłynęła na to, że odważyłam się zabrać za robienie biżuterii. Oglądając jej kolczyki zastanawiałam się jak można je ulepszyć, urozmaicić. Kolejnym krokiem było wyszukanie w necie miejsc, gdzie oferują wszystkie niezbędne elementy. Z czasem nauczyłam się dokonywać wyboru tzw.bigli (zawieszki), zacisków itd. Terminologia biżuteryjna przestała mnie straszyć.
Początkowo kupowałam elementy z różnych materiałów. ale po czasie pokochałam tylko te naturalne. Chłód kamienia ocierającego się o szyję, blask szkła w promieniach słońca, solidność srebra.... wszystko to składa się na piękno. Zawsze dbałam o szczegóły wykonania, płacąc to czasem spędzonym na odpowiednim wyginaniu drucika...
Odważenie się na zrobienie czegoś własnego niesamowicie wpłynęło na całe moje życie. Choć przez długi czas zastanawiałam się komu może się to podobać i dlaczego. W przekonaniu o niebylejakości utwierdzała mnie przyjaciółka, najwierniejsza chyba modelka moich wyrobów. 
Z czasem udawało mi się sprzedać co nieco, dzięki czemu zwracały mi się koszty nakładów. Razu pewnego nawiązała ze mną kontakt kobieta, która po zamknięciu swojej galerii postanowiła otworzyć ją w internecie. Niestety moje przypuszczenia stały się faktem- przy ogromie rzemieślniczych wyrobów na allegro, podobne przedsięwzięcie zaginęło anonimowo w ich gąszczu. Kolejnego razu prawie zyskałam własne stanowisko w sklepie z dodatkami do ubrań wizytowych- okazało się, że nie prowadzę tzw. własnej działalności gospodarczej, a więc sprzedaż moich wyrobów byłaby przestępstwem...
Potem było kilka zbiorowych sprzedaży na wakacjach, w firmach zaprzyjaźnionych dziewczyn... Muszę tu wspomnieć, że handel biżuterią nigdy nie był moim celem. Jedyną przyczyną tego była próba odzyskania poczynionych nakładów, aby móc tworzyć.  Po kilku latach odkryłam inne formy rękodzieła, takie jak decoupage, haftowanie, szydełkowanie, szycie... czasu miałam coraz mniej, w sklepach pojawiły się chińskie kolczyki po 5 zł, i tak pierwotna pasja poszła w zapomnienie.
Jednak stara miłość nie rdzewieje. Od tygodnia coś mnie gniotło i spać nie dawało...Powoli do precyzowałam kolor i przestrzenne rozplanowanie. To może śmieśzne z boku, że używam takich słów odnośnie kolczyków. Jednak tak je widzę- to małe formy architektoniczne, muszą więc współgrać z naturą, przestrzenią, muszą wyrażać moją osobowość, ale i podkreślać osobowość kobiety, która ją nosi ( mam męski akcent w karierze- mój Mężczyzna nosi na szyi muszlę w kształcie kła). I tak z nastroju zimowego, z potrzeby prostoty, miłości do fioletu, poczucia kobiecości już ukształtowanej- powstały one:
Srebrny drut i zawieszka
metalowy walec, szkło weneckie srebrzysto złotawe, barwiony marmur
Mają około 5,5cm całkowitej długości.
Są takie jak moje ja w ostatnimi czasy...
Ładnie pasują do lodowej krainy, którą mam dookoła siebie.

czwartek, 07 stycznia 2010
Dziś rzecz o wymarzonym przeze mnie krześle do biurka. Temat był trudny, o tyle, że na takie które mi się podobało za żadne skarby świata stać mnie nie było. Przekopała allegro, przeszukałam inne miejsca, także rzeczywiste. Jedyne co pozostało to "upolować" staroć na jakiejś giełdzie i wziąć się do renowacji, zgodnej z własnym pomysłem. A, że już dokonałam "odświeżenia" socjalistycznej ławy (kilka postów temu się chwaliłam), uznałam, że czas przyszła na antyki;-) I cud się zdarzył, bo i krzesło wymarzone i humor mężczyzny w dniu giełdy zbiegły się w czasie, zostałam wyposażona w taki oto tron:Tron ten, poza swym potencjałem wizualnym, był wysiedziany, zapadły, obciągnięty wytartym welurem w kolorze nieco jaśniejszego niż na foto, różu. Generalnie nie współgrał z moim nowym pokojem pod żadnym względem. Najpierw postanowiłam go przemalować farbą krylową. Łatwo nie było, ponieważ zmatowienie warstwy lakieru zajęło cały dzień, a i tak farba ledwo się trzymała. W sumie krzesło pokryłam ok 6 warstwami. W takim stanie tron przetrwał co najmniej miesiąc, czekając na mój czes wolny, kiedy to udam się w poszukiwaniu nowego obicia. Wymyśliłam sobie biało-srebrne. Oczywiście jak to w życiu bywa, pewnie producenci mają inne gusta, bo znalezienie tego łatwe nie było. Jak znalazłam to tanio nie było, ale co tam- jak tron to tron!
Pokazuję obie strony materiału. W rzeczywistości ma w sobie więcej bieli i połysku.Prace trwały kilka dni. Poznałam od wewnątrz budowę krzeseł ( człowiek uczy się przez całe życie). Pasów pod spodem nie wymieniałam, ale pewnie przyjdzie na to czas. Do środka włożyłam znalezione poduszki, a na wierzch dałam mały polarowy kocyk. Wiem, profesjonalista się oburzy. Jednak wyszło dobrze. Podusie wypełniły przestrzeń, a kocyk wygładził i utwardził siedzisko.Materiał przybiłam pistoletem na zszywki. Na koniec zakupiłam ozdobne pinezko-gwoździki i zakryłam miejsca zszywek. Pewnie powinnam teraz pomalować ubytki i zalakierować, ale szczerze mówiąc nie mam czasu, a pomysły na kolejne meble czekają w długiej kolejce... 
Z tyłu na foto widać kanapę przywiezioną z mojego mieszkania. Wcześnioej miała czerwony look, ale moja mama podczas jej zakupu postanowiła dokupić od razu drugi komplet pokrowcy. Przez 12 lat nikt z nich nie korzystał. Aż w końcu okazało asię, że to wymarzony komplet do "małego dworku":-)
18:17, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (5) »
niedziela, 03 stycznia 2010
Wybranie szablonu na bloga to koszmarna sprawa... A to za kolorowy, za wąski, za żółty, za nudny, za pstrokaty itd. Niestety moje kompetencje informatyczne nie pozwalają mi na stworzenie czegoś własnego, więc już dwie godziny wybieram i wybieram... Mam potrzebę zmiany. Nowy rok, nowe wyzwania, nowa twarz. Przecież blogi są naszymi twarzami... Na razie tak zostanie.
15:14, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (3) »
czwartek, 31 grudnia 2009
Święta niczym mgnienie chwili gdzieś uciekły, ale pozostało po nich nieco uroku. Jak za pewne nie jedna osoba w tym czasie poddałam się ich urokowi ale i wymogom estetycznym:-) Od jakiego ś czasu zapragnęłam powrócić do tradycji i zaaranżować świąteczną przestrzeń w czerwień i złoto. Miało to być wytchnieniem po kilku latach srebrzystości i bieli. Niestety aparat wymagał naładowania i nie zdążyłam z sesją foto na światło dzienne. W tym roku nadmiar obowiązków sprawił, że do dekoracji zostało przeznaczone tylko jedno pomieszczenie. Och ja ja tęsknię za nieskrepowaną wolnością czasową... Swoją drogą jak Wy to robicie???-sprzątanie, dzieci, praca, wypieki, kolacja wigilijna, goście, prezenty, dekoracje świąteczne???? Wigilię spędziłam z mamą i jej mężem ( wcześniej odwiedziłam cmentarz, gdzie zaniosłam ogromny świąteczny wieniec z gwiazd betlejemskich własnej roboty- dla Taty:-)), Mężczyzna pojechał do swoich rodziców... taki to urok par pochodzących z różnych miast... Wróciłam w pierwszy dzień świąt wieczorem, a i wtedy nie było okoliczności do wspólnego świętowania.... Dopiero drugi dzień świąt zapewnił nam ciszę, kameralność i własne czerwono- złote święta w naszym domu. Były życzenia, prezenty (dostałam upragnioną maszynę do szycia...będzie się działo!!!:-)))
W tym roku mam dwie choinki... jedna kupiona tradycyjna, druga jakby trochę kradziona. Znaczy to tyle, że w lesie przy domu leśnicy robili przecinkę młodych sosen i któryś z nich za pewne odłożył sobie jedną z nich ze względu na jej walory estetyczne. Na nieszczęście dla niego leśną drogą spacerował Mężczyzna, któremu owe drzewko bardzo przypadło do gustu. Postanowił wieczorem sprawdzić czy sona znalazła właściciela. Gdy okazało się, że wciąż leży z boku, wziął ją i przytaszczył do nas. Tym sposobem mam dwa drzewka (drugie zdobi strych). A tym czasem zapraszam do mojej świątecznej jadalni:


Mam swoje magiczne zawieszki. Zawsze przypominają mi baśniowe opowieści świąteczne rodem z Dziadka do orzechów, czy powieść Dickensa...
Dziś Sylwester...nowy rok zbliża się wielkimi krokami...cieszę się bo ten który żegnam przyniósł wiele smutku. Ale, by nie kończyć tak nostalgicznie:
Życzę Wam WSPANIAŁYCH CHWIL PEŁNYCH RADOŚCI I SZCZĘŚCIA< NAWET TYCH NAJMNIEJSZYCH< CIEPŁA I BBLISKOŚCI KOCHANYCH LUDZI< ŻYCIA PEŁEGO PASJI I PRZYGÓD < ORAZ ZE WSZECH MIAR KREATYWNOŚCI I ENERGI W TYM CO SPRAWIA WAM PRZYJEMNOŚĆ!!!
01:24, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (4) »
piątek, 04 grudnia 2009
Jak ktoś bliski odchodzi, pojawiają się pytania. Pytania na które już nigdy nie dostaniemy odpowiedzi.
Zawsze byłam dumna ze swych korzeni, nazwiska, pochodzenia. Co ciekawe bez zastanowienia, od zawsze za swe podstawowe korzenie uważałam te od strony mojego ojca. Może z próżności, bo to wykształcony ród od pokoleń, z inżynierami i artystami. Może dlatego, że ciąży na tej rodzinie tajemnica i tragiczne losy...? Po odejściu taty, kuzynki uświadomiła mi, że jesteśmy ostatnimi osobami po naszym pradziadku. To paradoks, że kobieta nie ma szans (bądź jest to bardzo trudne) przekazać dalej nazwiska, które tak wiele znaczy i spaja historię rodziny. Niemniej jednak ta świadomość sprawiła, że pochłonęły nas próby odtworzenia nasze przeszłości, przywołania tych wszystkich ważnych osób, których cząstką jesteśmy. Niestety żadnej z nich nigdy nie widziałyśmy. Ale nawet strzępki opowiadań i wspomnień są teraz bardzo cenne...
Oto sprawca:-) Dziadek Kazimierz. Wszyscy zarzekali się, że wyglądał jak Rudolf Valentino. Zresztą sama bym się za takim gościem obejrzała na ulicy;-) Dziadek  był inżynierem i zajmował się melioracją. Dużo pracował. Po śmierci żony jakby zapadł się w sobie. Po latach znalazł inną kobietę, z którą pozostał do końca swego życia. Nigdy jednak nie stworzył synom "drugiego domu". Na zmianę życia pozwolił sobie dopiero gdy obaj się usamodzielnili. Raczej należał do mężczyzn z twardymi zasadami i charakterem.
I Seweryna, zwana pieszczotliwie Sewą.Bardzo pragnęła mieć dzieci. I te marzenia spełniły się dwukrotnie. Na każdym zdjęciu widać jak tuli synów i czule się uśmiecha. Była jedynaczką, dla której matka wiele poświęcała. Sewa uczyła się grać na fortepianie. Do zdjęcia co prawda pozowała ze skrzypcami: Skończyła konserwatorium i koncertowała, choć nie na wielkich koncertach. Dzięki temu, że również nauczała gry na pianinie moja rodzina w miarę znośnie przeżyła wojnę. Dzieci oficerów, zakwaterowanych w domu rodzinnym pobierały lekcje gry. Mojej rodzinie pozostawiono pokój i pozwolono zachować dwa instrumenty. Sewa opiekowała się domem, mężem i synami. Niestety  te słoneczne chwile trwały tylko do jej 39 roku życia, Była w cięży i prawdopodobnie na skutek komplikacji dostała sepsy. Odeszła. Pozostawiła po sobie zrozpaczonego męża, i dwóch synów. Młodszy, pewnie ze względu na wiek, pogodził się choć trochę z takim losem.Michał zaś, zwany przez wszystkim Misiem już nigdy się szczerze nie uśmiechnął. Odejście kochanej matki sprawiło, że 14 letni chłopiec zawsze pozostał nieprzygotowanym do życia, smutnym, ufającym tylko sobie, utalentowanym muzycznie, człowiekiem. To był mój tata. Dalszym wychowaniem zarządzała prababcia Franciszka (zdjęcie innym razem), ponoć w młodości świetna bizneswomen, właśicielka szwalni. Na starość niestety stała się nieco despotyczna i nieprzystępna.
Teraz kiedy zastanawiam się nad losami mojej rodziny widzę jak wiele we mnie cech tego wszystkiego co się wydarzyło przez ostatnie co najmniej 120 lat...
21:44, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 listopada 2009
Tak szybko mijały ostatnie miesiące, że niepostrzeżenie zaraz powitam zimę. A przecież nie zdążyłam pożegnać kolorów lata. Może ktoś pamięta moje zmagania ze skalniakiem, który nawiasem mówiąc ma ddduuuużżżyyy wpływ na ukończenie przeze mnie studiów:-) Otóż wykończona pisaniem i nauką oddawałam się błogiemu grzebaniu w ziemi, przetaczając głazy, kopiąc, sadząc i podziwiając kwiecie. Szczerze mówiąc bez projektu "skalniak" moja kariera naukowa ległby w gruzach!
NO A TERAZ MAMY KONIEC LISTOPADA. sKALNIAK ZAPADŁ W SEN ZIMOWY I MAM NADZIEJĘ PRZETRWA DO WIOSNY, KIEDY TO ZABŁYŚNIE FERIĄ BARW... rOZMARZYŁAM SIĘ. zA PEWNE PRZYJDĄ SŁYNNE OKOLICZNE MROZY I SZLAG TRAFI WSZYSTKO CO CENNIEJSZE. aLE WTEDY ZNÓW BĘDZIE CO ROBIĆ:-)
Nie smucąc się topię marzannę lata, pokazując co wyrosło w sierpniu i czego będę żałować jak zmarznie....
A to maleństwa z innego skalnego zakątka. Tam jest bardziej ziołowo:-) Kocham kwiaty i ogród, ale kocham też zimę, o czym wielokrotnie pisałam. Zachowam w pamięci obrazy tych pięknych kolorów, lecz wiem, że za chwilkę znów wszystko zacznie kwitnąć...zupełnie jak w życiu...są przecież 4 pory roku:-)
22:42, pepsione1980
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 listopada 2009
Czas najwyższy odsłonić rąbek tajemnicy moich czterech ścian. Co prawda czasu brakuje mi na wszystko i pewne planowane prace wnętrzarskie musiały zostać odłożone, jednak za część z nich się zabrałam. Mój własny pokój...nareszcie:-)
Meblowanie postanowiłam dokonać minimalnymi kosztami, głównie przy użyciu starych mebli z mieszkania. A że był to zestaw sosnowy dziecięcy stanowiło to duże wyzwanie... Styl , no cóż ... skandynawsko, ale romantycznie i rustykalnie. Pewnie niejeden dekorator wzniósłby teraz oczy ku górze:-))) Kolory: biel , szarość, błękit i takie tam pastele i przecierki. Niby chłodno, jednakże do tej pory każdy wchodzący twierdzi, że całkiem przytulnie...mam nadzieję, że nie z grzeczności;-)
Na pierwszy ogień poszła komódka. Sosnowa oczywiście. Stara, brudna, pożółkła i obrzydliwie zwyczajna. Długo zastanawiałam się do zrobić, aby nie wyszło nudnie. Niestety okazało się, że najnudniejsze jest całe przygotowanie mebla do zmiany...zeskrobywanie starego lakieru śniło mi się po nocach... Za brakło mi cierpliwości, tak więc gruntownemu czyszczeniu został poddany jedynie blat. Resztę potraktowałam płynem do zmywania naczyń! No i zaczęło się malowanie góry. Na biało- nudno, na szaro- brudno, na niebiesko- dziecinnie! Zmyłam wszystko. Przecierka- pędzelkiem nakładałam rozwodnioną białą farbę akrylową, którą natychmiast przecierałam szmatką. Wyszło całkiem całkiem:-) Szuflady zaś- na biało bez specjalnej staranności. Na początku, pewnie w wyniku mojego lenistwa w poprzednim etapie, farba nie chciała przylegać. Nałożyłam więc 5 warstw i wyjścia nie miała. Po wyschnięciu złapałam papier ścierny i zaczęłam szlifować rogi i całą powierzchnię, tak od niechcenia. No i wyszło- shabbychicowska komódka:-) Zapomniałabym- zmieniłam gałki drewniane na mosiężne uchwyty. I teraz wygląda tak:

Na komódce stoi pierwszy bibelociany zakup do mojej oazy- drewniana rybka. Miłość od pierwszego wejrzenia:-)
Blat w rzeczywistości jest troszkę bielszy.
Z tyłu widać szaroniebieskie pasy. Taki pomysł własny, wykonany przy pomocy taśmy klejącej i farby, którą pomalowana jest łazienka- po co ma się zmarnować?
Obiecałam, że będę pisać. I będę, ale w najskrytszych myślach nie sądziłam, że moje życie będzie teraz tak rozpędzone. Jutro jadę na 50-lecie grupy poetycko-muzycznej, którą w młodości tworzył mój tata. Ma być o nim...wspomnienia. Niestety Gershwina zagra koto inny...
22:09, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (4) »
sobota, 07 listopada 2009
Choć życie wciąż mnie nie rozpieszcza, to jakoś powoli składam jego części w coś na kształt codzienności. Stęskniłam się za tym miejscem. Bo jest życzliwe, bo daje mi możliwość odkrycia siebie, bo ktoś serdeczny tu zajrzy i ciepło się robi na sercu.
Nie sposób opisać tego wszystkiego co się zdarza wokół i jakie zmiany nastąpiły przez ostatnie 2 miesiące. Postanowiłam więc po troszeczku, nie spiesznie, a na pewno optymistycznie dozować to co się pojawiło, co zrobiłam, nabyłam, przeistoczyłam, o marzeniach, planach i celach...
Jeszcze pod koniec wakacji odkryłam urok miejsca, które z pozoru kojarzy się z tandetą i prostotą w złym guście, żeby nie rzec, prostactwem... Mam namyśli cotygodniowy rynek w pewnym małym miasteczku koło mojej wsi. Jakoś dotychczas w zakupach ograniczałam się di sadzonek kwiecia balkonowego na wiosnę, jednak kuszona jakąś siłą postanowiłam zwiedzić resztę. Pomijam cekinowe bluzki i stylonowe spodnie, kapcie góralskie z wielkopolski, garnki, pościel i sztuczną biżuterię. Otów wśród tego śmieciowiska dojrzałam panią otoczoną prześliczną porcelaną, angielską z odzysku. Jak się okazało owa porcelana, owszem używana, lecz w świetnej kondycji. Jeszcze cieplej zrobiło się, gdy pani wymieniała ceny tych skorupkowych śliczności. No cóż, po paru ładnych chwilach wygrzebałam komplet 4 porcelanowych filiżanek ze spodkami w cenie 35zl. Jest prosty, klasyczny, niezwykle wygodny i już mój. Oto filiżanka:-)

Idąc dalej natrafiłam na handlarzy meblami używanymi, nowszymi i tymi leciwymi. Wszystko było o 10 razy tańsze niż na giełdach staroci w mieście. Zakupiłam dwa gazetniki, ale pochwalę się nimi później, jak zostaną właściwie przemalowane;-) aha, jeszcze nabyłam lniany obus, który posłużył mi za materiał na woreczki grzybowe, o których również kiedy indziej. Po tych atrakcjach postanowiłam zapuścić się w głąb miasteczka i coż? Weszłam do sklepu "wszystko po 4zl" , opuszczając go z dzbanuszkiem w owej cenie. Ow dzbanuszek przypomina mi o planach zremontowania znienawidzonej przeze mnie kuchni, na porządaną sielską...Jeszcze miałam w planach piękny bielony świecznik, ale ponieważ cena już nie była zachęcająca, odłożyłam zakupy na raz następny. Niestety życie miało inne plany i do wizyty na razie nie doszło.
Na koniec, choć przegapiłam nadejście jesieni, udało mi się uchronić przed mrozem kilka główek hortensji. Bardzo polecam suszenie ich poprzez trzymanie w wodzie ( od zerwania do ususzenia)- płatki zasychają nie skręcając się przy tym w rulon, a i kolor pozostaje żywszy. Oto taki jesienny koszyczek:-)Bardzo się cieszę, że znów tu jestem:-)
Dziękuję wszystkim za odwiedziny, choć tak długo milczałam i za piękne i budujące słowa otuchy...:-)
21:02, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (8) »
niedziela, 04 października 2009
"Jak sercu powiedzieć: nie płacz,
kiedy rozpacz serce pożera,
czy to serce wyrwać i zdeptać?..."

29 września 2009r., w swoje imieniny, Jego serce przestało bić.

Kochany Tato,
dziękuję Ci, że byłeś....jesteś i będziesz.
dziękuję Ci za to, że mnie słuchałeś i martwiłeś się o mnie
dziękuję Ci, że pozwoliłeś mi czuć się ważną i potrzebną
dziękuję Ci za to, że pokochałam muzykę poważną,
za wpojony szacunek do pracy i talentu innych
dziękuję za wadę wzroku, za egoizm i przywiązanie do własnych rzeczy, bo przypominają mi, że jestem Twoją córką.
Dokonałeś wiele, zostaną po tobie setki nagrań i wspomnień.
Obiecuję, że zrobię wszystko żebyś był ze mnie dumny
Twoja córka Karolina

P>S> Tato, Odszedłeś za szybko...
12:27, pepsione1980
Link Komentarze (7) »
wtorek, 15 września 2009
Jestem tu przez przypadek...po prawie miesiącu przerwy. Właściwie przychodzę z refleksją, że życie pędzi z jakąś nieopisaną prędkością, a ja mogę tylko popatrzeć przez szybę na to co los przyniesie.
Remont w domu prawie się zakończył.
Podjęłam próbę dostania się na studia doktoranckie na socjologii. Trochę wbrew sobie, ale jakoś innego pomysłu na życie chwilowo nie było. Kocham dom, ogród i wolałabym może powadzić sielskie życie...ale jak wszyscy mawiają- taka okazja się może nie powtórzyć. Tak więc niechętnie zabrałam się do konstruowania projektu doktoratu. Nieco zbyt mało czasu sobie ostawiłam, więc końcówka była stresowa... Do tego trzeba bylo złożyć mnóstwo papierów o sobie, jakiś mało ważnych świstków...jakby kogoś to interesowało! Wyznaczyli datę egzaminu. Kolejny stres. Komisja nie raczyła przeczytać projektów, wię zmieniono dotychczasową formułę na "obronę projektu"- ..."Ma Pani 20 minut na zaprezentowanie swojego projektu i swojej osoby. Czas START!" Koszmar. Ale jakoś się zebrałam. Po wszystkim następnego dnia dostałam temperatury i jakiejś niemocy. Tak sobie pomyślałam..czy to życie Zachodu jest warte???
dwa dni później telefon. Dostałam się. No i co z tego?
W niedzielę przyjechał mój tata, którego miałam zawieść do Krakowa na operację serca. Bardzo gorąco go na nią namawiałam, tym bardziej, że wszystkie lekarskie opinie mówiły, że jest konieczna bo tato umrze. Przyjechał. Nawet uśmiechnięty, wygłądał na 65lat , a nie na swoje 74... Całkiem zdrowo. Zjedliśmy kolację , rozmowa, miły czas... Następnego ranka byliśmy poddenerwowani. Niby czas do operacji był długi- parę dni, ale podskórne napięcie drażniło ciało i psychikę. W szpitalu przyjęcie było miłe, sprawy organizacyjne zajęły czas do wieczora. Trzeba bylo dotknąć trudnych tematów. Co mam robić, gdyby stało się źle...? Dostałam litę przyjaciół i tych, którzy powinni wiedzieć. W końcu tylko ja zostałam przy tacie. Spieprzył sobie życie...kobiety jak rękawiczki, jedna do pubu, druga do garów, trzecia na wycieczkę. Kóra to wytrzyma. Jego pierwsza córka ma go gdzieś. Przestał dla niej istnieć. Owszem nie był wzorowym ojcem i mnie też było z nim swego czasu milcząco pod górkę. Ale to mój tata i w końcu w moim dorosłym życiu okazał się  bardzo ważny.W chwili pożegnania pociekły łzy. A może to ostatnie spotkanie? Nie wytrzymałam napięcia. W histerii zadzwoniłam, że przyjedę w środę. Bylo jeszcze gorzej. atmosfera na oddziele przedoperacyjnym przypominala czyściec ( to porównanie jednego z panów na sali). Dalej może być niebo, albo piekło. Bardzo się bałam. Miałam poczucie, że to ostatni dzień kiedy pogodzona ze starym chorym ojcem, córka może się cieszyć z jego obecności. Będąc z nim dostalam telefon, że mam pracę, na uczelni. Tak chcialam, ale w tym momencie wydalo mi się to bezsensowne. Rozmawialiśmy o tym. Chyba się ucieszył, że życie jakoś mi się układa. Ale każda rozmowa miała podtekst jego odejścia. Nie zabrałam go do domu. Zawiozłam i zostawiła, ze slowami " do zobaczenia zatrzy, cztery dni"... pokiwał ze smutkiem głową.
Dziś jest piąta doba po zabiegu. On leży w śpiączce, pod respiratorem, z mechanicznym balonikiem w sercu, który za nie bije. Miał nie przeży, ale wciąż żyje, a ja codziennie słyszę mantrę lekarzy " stan bez zmian. trzeba czekać" Czekać na co?
Wieczorem przed operacją przysłał mi smsa "kocham Cię córeczko" Ja mu odpisałam "też Cię kocham i wierzę, że wszystko będzie dobrze". może za malo wierzyłam?
Nigdy nie ma dobrego czasu na odchodzenie tych którzy są nam najbliżsi. Mówcie im za wczasu, że ich kochacie, bo potem zostają tlko smsy.
17:56, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Jakiś (dawno dawno temu) czas wstecz miałam szczęście wygrać przepiękne serce w Home sweet Home http://anne-homesweethome.blogspot.com/
Z powodów różnych, a głównie czasu nie podziękowałam na blogu (choć podziękowałam oczywiście mailem) za tę przepiękną urokliwą przesyłkę. Chciałam zrobić godne temu dziełu fotografie, a amatorom potrzeba na to dłuższej chwili...
Serduszko bynajmniej okazało się częścią prezentu. W kopercie zobaczyłam przeuroczą, misternie wykonaną zakładkę. Szydełkowe cudo. Jest tak perfekcyjna, że żal ją ściskać miedzy stronicami ksiąg. I zawstydza takich początkujących dziergaczy, jak ja. Bardzo Ci Annie dziękuję i z calego serca podziwiam twoje małe dzieła sztuki!


Poza tym w domu zrobiło się słonecznie. Bratowa Mężczyzny podarowała mi 5 uśmiechniętych słoneczników, które nadały blasku jadalni. Są piękne, ale przypominają niestety o końcu lata...



18:33, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 sierpnia 2009
A rzecz będzie oczywiście o zakupach, a ściślej o szmatkach...
Kiedyś bardzo się broniłam przed rozwijaniem w sobie tych ubraniowych ciągot, licząc, że z wiekiem mi to przejdzie. Niestety słabości do tkanin i fasonów narastają w siłę i bronić się przestałam:-)
Czasem (ku przerażeniu Mężczyzny) potrafię spędzić cały dzień biegając po sklepach. Bywa, że ów maraton zakończony jest "nicniekupieniem" czym wzmagam męskie przerażenie. Ostatni spacer po miejskim centrum konsumpcji nie był tak łaskawy dla portfela i stałam się posiadaczką kolejnych 3 bluzek...
nie były to zamierzone zakupy, lecz każda z tych rzeczy ma głębokie uzasadnienie. Czasem jest bowiem tak, iż szczegół zadecyduje o przymusie posiadania konkretnej rzeczy.  Po pierwsze nastrój duszy- zmusił mnie niejako do zakupu różowo-czarnej zwiewnej koszuli.Zauroczył mnie kontrast delikatności koloru i ostrości dodatków. Romantycznie i zdecydowanie. Materiał połyskuje, ale w żadnej mierze nie powiem, że to słodki ciuszek...
Po drugie PIÓRA- piękne wielkie o urokliwych nasyconych dostojnych kolorach. Spadają na na dolną część pleców, nieco odkrytych tylnym dekoltem. To uczucie jakby całe piękno pawich wdzięków błądziło po kobiecym ciele...


Po trzecie WILKI- są piękne. Są dzikie i wolne. Są mądre. Szarość i srebro podkreślają te cechy. To taka wyrafinowana forma obcowania z tymi osobistościami.
Powiecie, że to naciągane teorie, przerost formy, niepotrzebne ideologie... może. Ale lubię takie baśnie, bo rzeczywistość staje się mi bliższa. Wszystko co mam i czego dotykam chcę by było mi bliskie. Tak jest i z tymi wyśmiewanymi ciuszkami...
21:09, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (1) »
niedziela, 09 sierpnia 2009
Jakoś tak postanowiłam pozostać w klimatach różanych... Może ich zapach za oknem tak motywuje?
Podczas remontu zawsze wpadają w ręce różne przedmioty, czasem zapomniane, czasem zużyte, niepotrzebne. Bywa i tak że owa graciarnia zyskuje nowy wymiar jeśli nadaje się do "przerobienia".
Znalazłam paskudną walizkę. Sztuczna czarna skóra, zlote zamki...
Sprzedają w takich paskudach komplety sztućców. I jakoś tak skojarzyło mi się to kuferkowe biedactwo z księżniczką romantyczną na retro skarby w stylu Laury Ashley. Buduarowo i cukierkowo. Żeby nie było zbyt monotonnie dwie strony walizki ozdobione są zupełnie odmiennie. Zostawiłam złote okucia, trochę z braku na nie pomysły, a trochę z nadzieją, że się przykurzą:-)


Paski taśmu klejącej wyznaczyły mi nieregularne linie. Pasy są w kolorze "babiego lata" firmy Dekoral. Rączka została pomalowana srebrną farbą do trwałych zdobień.


Całość pomalowałam dość płynnym lakierem akrylowym.  Ciekawe czy odważę się z nią paradować po ulicy. Swoją drogą to świetne etui na laptopa:-) Jednak na razie zrobiłam próbę z etolą ze stusich piór {Laury Ashley nota bene....nie zalożonej nigdy, bo nie bywam na wystawnych balach, a do wsiowego ogródka jako podomki trochę mi szkoda. Pewnie poleży w szafie ku potomności:-)))
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6