moje małe inspiracje...trochę twórczo i codziennie:-
czwartek, 14 lipca 2011

Letni czas to moment mojego uniesienia. Budząc się rano mam WIELKIE PLANY. Zasypiając obmyślam nowe jeszcze większe. Śnią mi się kolory, faktury i zapachy. Najchętniej nigdzie bym się nie ruszala, aby tylko móc zajmować się moim ogrodem.

Ogród.... to własciwie nie jeden obszar, do ktorego prowadzi furtka , a otacza go płot. To wiele pomniejszych punktów na mapie mojej działki. Przybywa tego, a ja, choć coraz bardziej zajęta, staję się coraz szczęśliwsza.

Mój ogród nie jest perfekcyjny. To trochę misz masz wiejskiego ogrodka z miejską szczyptą umiaru. Co rok dosadzam i przesadzam, ucze się przy tym wiele o pielęgnacji i architekturze krajobrazu i czasem żałuję, że z tą właśnie dziedziną nie związalam swojego życia. Nie boję się brudnych rąk i grzebania w ziemi. Walczę z kretem, a on ze mną. Bitwę tocze z przędziorkiem, mszycami, mączlikiem i miseczniakiem...ot taki mikro - świat:-) I całąfortunę wydaję na nowe zielone przyjemności. Chcw się podzielić z Wami malutkim wycinkiem tego piękna, które cieszy moje oczy po przbudzeniu:-)

W niebieskościach i różach... księżycowy krajobraz hortensji...

hortensja

Trochę srebrzystej szarości i różu na lawendzie Anouk...

Intensywne róże ślazówki, która sama skądś do mnie zawędrowała... nie tylko ja ją lubię;-)

I ogniście... nasturcjowe szleństo koloru...

A na koniec dnia mogę powdychać zapachy lata przy lampce wina:-)

Jutro moje 31 urodziny. Pewnie odwiedzi mnie setka trzmieli i motylków:-)

17:47, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (3) »

Letni czas to moment mojego uniesienia. Budząc się rano mam WIELKIE PLANY. Zasypiając obmyślam nowe jeszcze większe. Śnią mi się kolory, faktury i zapachy. Najchętniej nigdzie bym się nie ruszala, aby tylko móc zajmować się moim ogrodem.

Ogród.... to własciwie nie jeden obszar, do ktorego prowadzi furtka , a otacza go płot. To wiele pomniejszych punktów na mapie mojej działki. Przybywa tego, a ja, choć coraz bardziej zajęta, staję się coraz szczęśliwsza.

Mój ogród nie jest perfekcyjny. To trochę misz masz wiejskiego ogrodka z miejską szczyptą umiaru. Co rok dosadzam i przesadzam, ucze się przy tym wiele o pielęgnacji i architekturze krajobrazu i czasem żałuję, że z tą właśnie dziedziną nie związalam swojego życia. Nie boję się brudnych rąk i grzebania w ziemi. Walczę z kretem, a on ze mną. Bitwę tocze z przędziorkiem, mszycami, mączlikiem i miseczniakiem...ot taki mikro - świat:-) I całąfortunę wydaję na nowe zielone przyjemności. Chcw się podzielić z Wami malutkim wycinkiem tego piękna, które cieszy moje oczy po przbudzeniu:-)

W niebieskościach i różach... księżycowy krajobraz hortensji...

hortensja

Trochę srebrzystej szarości i różu na lawendzie Anouk...

Intensywne róże ślazówki, która sama skądś do mnie zawędrowała... nie tylko ja ją lubię;-)

I ogniście... nasturcjowe szleństo koloru...

A na koniec dnia mogę powdychać zapachy lata przy lampce wina:-)

Jutro moje 31 urodziny. Pewnie odwiedzi mnie setka trzmieli i motylków:-)

17:06, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 lipca 2011

Jakiś czas temu zafascynowały mnie malutkie biżuteryjne ozdoby. Wszystkie przypominają miniaturowy świat z czasów mojego dzieciństwa, kiedy to wyobraźnia pozwalała mi przenosić się do krainy czarów Alicji (choć samej bajki nie lubiłam). Dziwiły, trochę przerażały, ale i niesamowicie ciekawiły mnie tajemnicze zegary, mówiące przedmioty, zaklęte przejścia i magiczne zwierzęta. Jak królik z kapelusza pojawiła się we mni chęć poszuknia biżuterii inspirowanej tym czarodziejskim klimatem. 

Na początek zegar odmierzający czas i czarno-bialy pan królik naszkicowany czarnym rysikiem...

 

I kolejne omierzacze sekund... TTego pilnuje ważka i błękitny koralik. Naciskając górę stopera otwiera się ażurowa klapka...

 

A ten jest nieruchomy. Zastygł za pewne w magicznej czaso-przestrzenii z krolikiem uwiązanym na łańcuszku...WW baśniach jest też złoto i błyszcząco. Znalazlam sekretnik z reliefami na bardzo długim łańcuszku. A środek kryje ramkę na fotografię i zegar oczywiście...

Bardzo lubiłam "Dziadka do orzechów".  Figurki wystrugane z drewna mówiły ludzkim głosem. Były bardzo realistyczne. Rodem z tej bajki widzę tego konika i zestaw miniaturowych sztućców. Może pochodzą z królewskiego stołu?

A wszystko to zamknięte jest w kredensie magicznym zdobionym kluczem... WWyszukałam też zawieszki. Oby dwie mają duszę retro. Ta mosiężna być może nawet pamięta odległe czasy. Znalazlam ją na starociowym targowisku. Srebrna zaś, choć współczesna, sięga wzorem okresu art deco...AAby dopelnić calłości nie moglo zabraknąć moich ukochanych kolczyków. Też zapachniało starodawnym czarem. Zatopione w szkle kwiaty, perły i błyskotki...

Ijeszcza taki mały drobiazg.

Sekretnik z kameą...Oglądam, przymierzam, marzę... i zdejmuję bo czasem nie mam ochoty zabierać mojego zaczarowanego świata do codzienności.

PS Una, dziękuję:-)

wtorek, 15 lutego 2011

Wczoraj i dziś świeciło piękne słońce. Takie zimowe i moźne. I nie wiem czy chciałam trochę wychłodzić palce, czy zatęskniłam za robieniem zdjęć, czy też dzień spędzony sam na sam ze sobą tak zadziałał, że zrobiłam sobie "walentynki po mojemu".  Tylko dla mnie, tylko dla moich oczu i serca.....no może poza słodkim wypiekiem:-)

Mój wrzos, jesienią był wściekle seledynowy, w lutym nabrał miłosnej czerwieni i romantycznego różu:

kolor czerwony kokardki zainspirowal mnie do uwicia wieńca z gałązek brzózki:

Potem zalśniło ponad lasem piękne słoneczko, które oświetliło mroźnym błękitem podwórko. I tak palcem po granitowy,m pyle napisalam:

Kilka metrów dalej z pozbieranych patyków w kolorze złota, beżu i brązu ułożyłam:

Jak porządnie zmarzlam, udalam się do cieplutkiego domu i zabralam się za coś czego nigdy nie robiłam - makowiec. Humor mi się popsuł, bo spędzilam w kuchni 3 godziny. Bylam wykończonam od kręcenia, mieszania, ubijania i wyrabiania. Ale wyszlo. Najpiękniejszy byl zapach, którego nie mogę niestety umieścic na blogu.  I ta brązowo-złota skórka:-) Na niej wyznalam miłość cukrem pudrem:

ciasto z love

uczucia do swojego "ja" też bywają przyjemne;-)

 

21:15, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (15) »
wtorek, 01 lutego 2011

Parę tygodni temu zapadła mi w pamięć rozmowa z Anną Dymną na temat pieczywa. Oczywistym jest fakt, że to produkt symboliczny. Ciekawym wątkiem natomiast pozostawało, w jaki to sposób należy owo pieczywo przechowywać. I tu wyszła ciekawostka- okazało się, że każdy region Polski ma swój związany z tym zwyczaj. Niestety moja centralna pozycja na mapie kraju każe (kazała?) mi trzymać chleb w plastikowej siatce, inaczej reklamówce, zrywce itp. (często takie zawiniątko trafiało do pojemnika na chleb). Poniekąd ma to swoje uzasadnienie: świeży chleb czy bułki zachowują w ten sposób wilgoć do następnego dnia. Pani Anna wyraziła szczere przerażnie na tę wiadomość i za pewne miała rację. otóż województwa południowe z namaszczeniem wkładają pieczywo do lnianych woreczków. I ładniejsze to, i estetyczniejsze, i bardziej zdrowe. Nie pozostało mi nic innego jak szyć.

Po przemyśleniu sprawy i małym rekonesansie, doszłam do wniosku, że pieczywa u nas jest masa. Mężczyzna uwielbia świeże, tak więc na ogół wstaje i jedzie do naszego wsiowego sklepu co rano. Ale, że za dużo nie jemy zostaje dużo piętek, ćwiartek, połówek... Latem wrzucamy do stawu i patrzymy jak ryby się pluskają i skubią. Zimą dotychczas pies zastępował ich miejsce. A teraz nasza Lola wszelkie kromki uznaje za truciznę i zaraz zakopuje... i tak zostajemy z tym wszystkim.  I po takich przemyśleniach uznałam, że potrzebny jest po pierwsze worek na pieczywo niezjedzone, cieńszy aby mogło swobodnie schnąć (sąsiedzi mają kurki i inne zwierzątka chętne okruszkom) oraz po drugie worek na pieczywo świeże - grubszy, aby oddychał i chronił przed utratą wilgoci. Na szczęście mialam trochę wolnego czasu na zabawę z czcionkami i drukarką. Powstał taki komplet:

Oby dwa są dość duże ok.30cm x 40cm.Kremowy jest do świeżego pieczywa.

Beż zaś skojarzył mi się z okruszkami   

Co zabawne, mój komputer też mi pomagał w projektowaniu - chciałam umieścić na froncie jedyni rok 2011, a on sam sobie dopisal 27.01.2011...

Tego samego wieczaru okazało się, iż od worków na chleb niedaleka droga do pieczenia chleba. Zrewalam kartkę z kalendarza ściennego, a tem na odwrocie taki oto przepis:

Słowo "najprostszy" podziałalo na mnie zachęcająco. I takim tez się okazal. Do tego jest niewyobrażalnie dobry, miękki, elastyczny i pachnący. Robiłam z połowy składników i wyszla jedna długa forma na keks. Cyba nie można go zepsuć...bo gdyby można było ja na pewno bym o uzyniła:-) Teraz zjedliśmy już drugi , a M. już wypytuje czy będzie następny. . . .

poniedziałek, 24 stycznia 2011

nie wiem do końca jak to jest z dzisiejszymi mężczyznami. Czy lubią się trochę ozdabiać, czy też problem ten pozostaje im obcy? Jeśli chodzi o osobnika tej płci, z którym przyszło mi dzielić życie chyba nie należy do zagorzałych fanów mody i szpiega zmieniających się trendów. Raczej pozostaje wierny dzinsom i t-shirtom z jakimś napisem, do tego zamszowa kurtka, zero szalika i zero czapki, bo mu wiecznie gorąco... Ot, taki szorstki facet:-) Czasem zrobi mi przyjemnośc i włoży nieco elegantszą odmianę tego co powyżej. gdy się poznaliśmy mój wzrok przyciągnął mały szczegół na jego szyi. Wiszący na rzemyku posążek jakiegoś bożka. Okazalo się, że M., dostał go całkiem niespodziewanie, na ulicy w Indiach, od pewnego nieznajomego chłopca. Dlaczego? -  nie wiadomo. I tak bożek zawisł na jego szyi. Po kilku latach nastąpiła tragedia - pewnie bardziej moja niż M. - wisiorek zniknął, zgubił się, zapadł pod ziemię. Prawdopodobnie został wdeptany w ziemię, podczas kolejnego meczu piłkarskiego... Szyja mojego ukochanego pozostawała niczym nie omotana i szans nie było aby namówić go na jakieś inne ozdoby... Na szczęście los się uśmiechnął (do mnie:-) podczas wakacji w Rzymie, kiedy to spacerując po czarnej plaży zbieraliśmy muszle dla mnie - na kolczyki. Nota bene tamtejsze zwierzątka morskie chyba przechodziły kurs projektowania muszli dla takich jak ja:-) To te czarne i szare po lewej stronie...

Wracając do tematu M. sam natrafił na coś, co mu się spodobało i tak, niby żartem, stwierdził , że może to by się nadawało dla niego. Po powrocie wygrzebałam rzemyk, szlifowalam i wywiercilam dziurę.Wyszedl z tego niby kieł/ząb, niby jakaś skamienielina. Trochę jak talizman Indianina. Zawisł na szyi M. i wisi do tej pory. Ostatnio rzemyk wymagał wymiany, więc powstala mini-sesja wisiorka. Swoją drogą takie rzeczy to przecież calkiem męska biżuteria...;-)

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Dziś po troszce pokażę te obrazy, które towarzyszyły mi przez ostatnie 3 tygodnie.

Lubię Święta, nawet bardzo. Kiedyś, gdy czas pozwalał mi na więcej, dekorowalam caly dom, aby poczyć w 101% magię Swiąt.

Teraz staram się zachować klimat choć w jednym pomieszczeniu.

Należę do tej mniejszości, która uwielbia zimę. I to ekstatycznie. Chodze zahipnotyzowana widokami lodu i śniegu. Niestety kocham też zwierzątka, ktore raczej nie podzielają moich upodobań. Staram się zapewnić godne menu wszystkim ptasim stworzeniom. I tak przez ostatnie lata dochowałam się kilkudziesięci sikorek, 8 sójek, 2 gili, bandy jakichś szarawych ptaszków, 8 bażantów:

Czas świateczny  i kilka pięknych bezinteresownych gestów nastroiło mnie do zrobienia czegoś wlasnymi rękami. Tak żeby umysl i palce nie zapomniały czym są obcążki, szczypce, linki, ametysty, krysztaly górskie i perły. Mam nadzieją, że osobie do której trafiły przyniosly choć chwilkę radości w chwilach smutku. Nigdy wcześniej nie robiłam broszek, a okazalo się to naprawdę inspirującym zajęciem:-)


 

 

 

W Nowym Roku życzę Wszystkim, ale i sobie, wielu pięknych i wartościowych chwil tylko dla SIEBIE, tak by móc pielęgnować piękno i marzenia.

 

 

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Zapomnialam jak to jest, kiedy wyobraźnia tworzy magiczny świat bajki. Niestety chyba dorastanie na tym polega. Kiedyś, jako mala dziewczynka brałam misia, lalkę, kawalek czegoś i juź byłam w innym świecie. Wszystko przedmioty zyskiwały wymiar ludzki, wszystko pięknialo i ożywialo się, mówiło, rozmawiało i czuło. A ja, jako wielki koordynator tego magicznego świata bylam po części każdą jego postacią. Pamiętam, że tak było, ale zapomniałam jak to było...?

I bynajmniej nie o marzenia rzecz się rozchodzi, bo to idzie mi do dziś całkiem dobrze. To dotyczy poczucia zupełnej abstrakcji i w pewnym sensie wyjścia poza granice logiki.  Długo pielęgnowałam w sobie tę umiejętnośc, ale ona po prostu pewnego dnia zniknęła. Zostały lalki i samochody, ale straciły swoje glosy i problemy. Została lampka z uśmiechniętym słońcem, ale ono przestało prowadzić ze mną długie rozmowy na dobranoc. Buty zgubiły cudowną moc pojazdu powietrznego... Bezpowrotnie.

Teraz mój M. mówi czasem, że jestem jak 3-latka. Przeżywam euforię na widok pierwszych gwiazdek śniegu i płaczę wylewnie gdy znajdę martwego ptaszka. Przestrzeń i przedmioty wokoło też oddzialują dziwnie mocno na moje emocje... Nad moją głową w sypialni zwisa miś. Taki do przytulania. Może nie ściskam się z nim za często, ale wolę gdy tam jest. W moim pokoju początkowo panował calkiem dorosly look, jak to się zwie. Nim minął rok, nie wiem sama jak to się stalo, pojawily się zabawki. Patrzą na mnie, a czuję się z tym  dziwnie normalnie.

Beza ma z tyły kluczyk do przekręcania....gra w tedy swoją słodką pozytywkową melodię:

Ta misiowa dama przyjechała z Anglii wlaściwie dla mojej mamy. Ale straciła dla niej urok gdy osoba, która ją przywiozla okazała się nienajlepsza inwestycją do lokowania uczuć. Przygarnęlam ją z przyjemnością:

Za to te misie to szaleństwo sprzed 2tygodni. Z market wyszlam ściskając te urocze przytulaki. wszyscy ze zrozumieniem patrzyli na mnie, jako przykładną matkę, ciotkę czy inną darczynię prezentów. A ja miści ściskalam dla siebie:-) Teraz kontrolują moje postępy w szyciu;-) na szczęście M.nie do końca jest spostrzegawczy. Już miał zadać krepujące pytanie, skąd to się tu wzięło, ale za pewne pomyślał, że nie zauwazyl ich od roku i narazi się na zarzut braku zainteresowania moją przestrzenia...uff

 

15:55, pepsione1980
Link Komentarze (3) »
środa, 15 grudnia 2010

 

Bardzo odczuwam przemijanie czasu. Mam niewyraźne wrażenie, że nie panuję nad moimi życiowymi ruchami. Jedynie poddaję się tej silnej fali działania. Czemu o tym piszę, ano dlatego, iż na codzień nie mam świadomości tego procesu. Przypominam sobie o nim wówczas gdy dookoła mnie pojawiają się sytuacje niezwykłe. Niczym sole trzeźwiące. Oczywiście za nimi kryją się przecudowne osoby, i ich bezinteresowna sympatia. Ostatnimi czasy spotkały mnie takie mile uczynki. Tak miłe, że postanowiłam zebrać swoje 4 litery i ruszyć do bloga, aby podzielić się tym i owym. A do tego zima i bajkowa biel za oknem jakoś tak nastraja do zwolnienia tego życiowego pędu...Może nawet dzisiaj pojadę kupić chpinkę. U mnie musi być prawdziwa. Kiedyś mialam nie mały problem, jak sobie wyobraziłam ścinanie takich pięknych drzewek. Teraz gdy powstaly specjalne plantacje jodły kaukaskiej wyrzutów mam mniej. Parę lat temu, gdy zaczęłam spotykać się z M. on staral się mnie wprowadzić w swoją rodzinną tradycję poszukiwań drzewka w lesie. Spacery były piękne, w gęstwinie zaśnieżonych krzaków. Gdy po 2 godzinach wybralam odpowiadającego mi świerczka pojawial się problem, łzy cisnęły do oczu i tyle z tych romantycznych wypraw było.... Nie pozwalałam ściąć drzewka, więc przemoczeni, zmarznięci, z pustymi rekami powracaliśmy do domu. W końcu po paru latach M. dal za wygraną i już mnie nie ciąga na sadystyczne wędrówki, a ja mogę zamęczać panów od choinek przekładaniem kilkudziesięciu krzaków w poszukiwaniu tej najgęstszej:-)Drżyjcie, nadchodzę;-)

Ale do rzeczy: dawno, dawno temu było sobie candy. U Agi z Oazy:-) Wiem, 100 lat temu. A jeszcze wcześniej, Kochana Aga odpowiedziała na moje prośby o piękne poszewki, które akurat przybyły do sklepu w jej miejscowości. I wyobraźcie sobie pognała po nie, obfotografowała, i znów poszła kupić. To nieprawdopodobne,że w tym szaleńczo pędzącym życiu są TAKIE osoby. Po czasie zorganizowała owo candy, chcąc ofiarować komplet przepięknych poszewek w innym kolorze, w takim o którym marzyłam. I co, I WYGRAŁAM:-)))) Oczywiście szybciutko je wysłała. Ale jak je wysłała.... starannie zapakowane, z przemiłą karteczką w środku. Aguś to było naprawdę miłe:-) Dziękuję i przepraszam, że dopiero teraz... Oto wszystkie rozlożone na mojej kanapie. A to te wygrane:  poczekają do lata, na słoneczne dni i nowe mebelki ogrodowe, które mam w planie... Już to widzę: słońce, kwitnące róże i popołudniow kawka w otoczeniu tych ślicznych poduch:-)))

Z kolei czas niedługi temu zobaczyłam u Beaty z BombonierkiDlaTaty inne cuda poduszkowe. Co ta kobieta wyrabia z maszyną to zasługuje na pochylenie czoła ku ziemii. Szyje rózne dziecięce i niedziecięce urocze podarunki, ma tysiące pomysłów i niesamowitą precyzje. Do tego To Kobieta z Krainy Lawendy. Zna ją na wylot i wyczarowuje niesamowite lawendowe cuda.  I właśnie Beata na moje nieśmiałe pytanie gdzie mogę zdobyć jej piękne poszewki stwierdziła, że mi je uszyje. Tak po prostu. W swym zabieganiu i milionie obowiązków znalazła czas.  I własnie 2 dni temu zajrzałam na moją ośnieżoną pocztę, skąd wróciłam wyposażona w paczkę. Na początku oszołomił mnie zapach - lawendy oczywiście. Gdy zamknęłam oczy zobaczyłam całe pole lawendy! Dalej ujrzałam śliczny, romantyczny woreczek. Już wisi u mnie

W dalszej części zobaczyłam dwie najpiękniejsze pod słońcem poszewki. Fakt sama je wybralam, ale zdjęcia ni jak nie mialy sie do oryginału...

zaraz wykopalam jaśki, które czekały na lepsze czasy i oto ONE:

Bardzo wszystkich wytrwale Zaglądających pozdrawiam i nie obiecuję poprawy, ale mam nadzieję częściej pisać:-) Może i internet zagłusza rzeczywistośc, ale pozwala też odszukać piękne dusze z innego końca świata:-)

13:50, pepsione1980 , dekoratoria
Link Komentarze (2) »
czwartek, 02 września 2010

Dziś rano otwierając bloga przeczytałam zaproszenie od Agi z Oaza

Bardzo to miłe, tym bardziej że tyczy się pozytywnych aspektów życia- czyli tego co lubię. Chodząc po domu mój umysł zaprzątały tysiące myśli i co chwila przypominałam sobie o kolejnej ulubionej rzeczy. W sumie to całkiem niezła terapia na poprawienie humoru:-)

Wybrałam moje top 10:-) Kierowałam się tym, co w największym stopniu odda moją osobowość i wnętrze. To kolejny powód dla którego uważam takie "zabawy" za całkiem udane:-)

Przechodząc do meritum...

1. GÓRY

Kocham góry całą sobą. Kocham po nich chodzić i na nie patrzeć. Kocham gdy mnie otaczają. Tam czuję się naprawdę wolna i szczęśliwa.

2. NARTY

Narty są nieodłączną częścią mnie. W nich odkryłam swoją pasję, i pewność siebie. Mając 17 lat zdałam egzamin na pomocnika instruktora. Przez następne lata zdobywałam coraz więcej. Poznałam wielu wspaniach ludzi, zakochanych w nartach jak ja.Trochę uczyłam innych jeździć i sprawiało mi to mnóstwo radości. Z czasem mój obecny mężczyzna zaczął się buntować przeciw moim samotnym wypadom na narty. On nie miał czasu, ja nie chciałam go denerwować. Obecnie spędzam na deskach max.10 dni.... i jest mi z tym źle.

3. ZIMA

Lubienie zimy wiąże się oczywiście z punktem drugim:-) Ale i na nizinach uczucie pozostaje. Lubię skrzypienie śniegu pod butami i iskrzące w słońcu płatki. Łyżwy także. Krajobraz pod śniegiem wygląda jakby spał smacznie pod pierzynką. Zima tworzy dla mnie najpiękniejsze dzieła sztuki z krajobrazu. A zimowe wieczory to kominek i książka:-)

4. PSY

Od urodzenia kocham psy. Jako jedynaczka całą swoją miłość do istot żywych przelałam na nie. W każdych nawet najtrudniejszych chwilach mogłam liczyć na ciepło ich ciała, zimno nosa i najwierniejsze na świecie spojrzenie. Tylko psy potrafią kochać bezgranicznie i bezwarunkowo. Przekonuję się o tym do dzisiaj...

5. KWIATY, roślinki, ogródek



Jako mała dziewczynka spędzałam najpiękniejsze chwile z babcią w ogródku. Godzinami mogłam grzebać w ziemi i oglądać jak roślinki wzrastają z ziemi. Po latach jak trafiłam do małego dworku założyłam własny ogródek i pokochałam rośliny jeszcze bardziej. W domu również nie ma zakątka bez kwiatów doniczkowych. Nie rozmawiam z nimi, ale myślę, że czują moje uczucia do nich:-) śmiecham się do każdego rozkwitniętego hibiskusa i każdego nowego liścia innych zielonych stworzeń. Nawet jak mocno chorują mam problem z ich wyrzucaniem... Na ogół tego nie robię.

6. BIŻUTERIA

Biżuteria wprowadziła mnie w świat kobiecych przyjemności. początkowo były to rzemykowe bransoletki i talizmany na szyi. Potem stopniowo odkrywałam piękno szlachetnych metali, choć złota nie nosiłam. Przyszedł czas fascynacji kolczykami. Im były większe i wyrazistsze tym lepiej. Wtedy też zamówiłam w cafeart pierwsze elementy do robienia własnoręcznego biżuterii. Pełna niepewności pokazałam dzieła przyjaciółce, która -chwaląc się- była bardzo pochlebna. Powstała mała manufaktura i nawet trochę zarobiłam na tym art-biznesie.

Niestety studia i prowadzenie domu sprawiły, że nie miałam czasu na to hobby. Tym bardziej, że nasz kraj zalało morze chńszczyzny po 5 zl, a rękodzieło i niepowtarzalność nie stanowią w Polsce zasłużonej wartości. Krótko mówiąc nie oplacalo się inwestowane w półprodukty. Teraz czasem coś mnie najdzie i tworzę (patrz post poniżej:-)))

W tym punkcie powinnam dodać PERŁY. Bo to nowa mocna facynacja. (patrz post poniżej:-)))

 

7. KAWA


Pierwszego razu z kawą nie pamiętam. Pamiętam tylko od zawsze aromat świeżo parzonego czarnego napoju o poranku. Moja mama kochała czarną i zawsze dobrą gatunkową kawę. Teraz ja przejęłam pałeczkę:-) Koniecznie w ładnej filiżance. Chwila z kawą to moja chwila...

8. PISANIE

Od zawsze bardzo lubiłam czynność pisania. Przykładałam do tego mnóstwo uwagi. Na moje nieszczęście nie było już w szkołach nauki kaligrafii... Fascynowało mnie jak litery wypływają spod rąk. Zresztą uważam, że pismo dużo może powiedzieć o człowieku (choć się na tym nie znam). Pismo komputerowe, choć nieodzowne i nieuniknione do kontaktu ze światem jest dla mnie puste. Długo pracowałam, aby móc zrozumieć co widnieje na ekranie. Całą pracę magisterską napisałam odręcznie...Wyszło ok.300 stron...a i tak każda strona maszynopisu kosztowała mnie więcej zmęczenia.

Teraz mam okazję do zaprezentowania mojego prezentu na 30-te urodziny. Wymarzone, upragnione, burżujskie pióro. Poprosiłam o nie mamę. Chciałam mieć coś "wiecznego"... i jest wieczne, dostojne..... miałam pomysł z grawerem, ale chyba zrezygnuję. Przecież nie sposób zapomnieć, że to od mamy....

 

9. FIOLETOWY, SZARY, BIAŁY, CZARNY.....KOLORY

Do ubrania lubię inne, do wnętrz jeszcze inne, a tak w ogóle jescze inne;-) szmatki głównia są czarne, szare, białe,brudnoróżowe i koniecznie fioletowe! Wnętrza mogą być najróżniejsze, choć mójpokój jest biało-szaro-błękitny. Za to kuchnię chciałabym mieć czekoladowo-waniliową, a łazienkę biało-czarną...

8. MUZYKA KLASYCZNA I MOJE PIANINO:-)

Lubię melodyjność instrumentów klasycznych. Kocham moje pianino, bo to historia rodziny, ale i śliczne brzmienie. Jak mi smutno to gram, gram i gram. Jak mi wesoło to rzadziej, choć też się zdarza. Przez dżwięki mogę mówić bez słów o tym co mnie boli. Bo o tym co radosne zawsze prościej tak na głos... polubiłam też nowy instrument: ludzki głos. Nic tak pięknie nie brzmi jak arie Anny Netrebko...

9. HAND MADE

Po pierwsze decoupage. Tę technikę zaczęłam zgłębiać zupełnie samodzielnie. Około 3 lata temu, bywając dużo w internecie, trafiłam na blox, skąd krótką drogą do Asket. To co tam zobaczyłam olśniło i zaczarowało mnie całkowicie. Pierwszy raz spotkałam się z decu, nawet nazwy nie znałam. Jej blog przeczytałam od deski do deski. Sama szukałam różnych farb, uczyłam się dziwnych nazw, jak crack czy lakier poliuretanowy itd. Pierwsze próby, z perspektywy czasu były zabawne, ale dość szybko zapanowałam nad tą całą chemia. Z natury jestem bardzo cierpliwa i dokładan, więc wycinani, wyrywanie, układanie wzorów bardzo mi pasowało. Z czasem odważyłam się założyć własnego bloga i pokazać światu co też Karolinka w domu pokątnie robi. Pokątnie, bo do dziś moje hobby jest tematem sprzeczek, ponieważ ponoć lekceważę domowe obowiązki i kleje serwetki... ale to inny temat. Decupage okazał się świetną formą prezentową i tak powstała seria zegarów np. taki dla małej Martynki: i inne:

Po drugie szycie i różne techniki zdobienia naszywek. Wielką krawcową nie jestem, ale od wielu lat marzyłam o maszynie do szycia. Wreszcie na Gwiazdkę zeszłego roku M. mi ją sprezentował:-) Zaczęłam od prostych woreczków, nawet wyspecjalizowałam się w tych grzybowych:-)

Potem poszewki na poduchy, obrus, no i największe przedsięwzięcie- pościel:

Zaczęłam robić próby z drukarką i decoupage na tkaninie:

Po trzecie przerabianie mebli i remonty w domu:-)


10. MÓJ POKÓJ

O własny kąt walczyłam długo.  Ale w końcu się znalazł:-) Urządziłam go tak jak zawsze marzyłam. Jest miejsce do pracy i do szycia. Mam gdzie położyć mądre książki i te nie mądre też. Mam gdzie uciec od świata, który czasem jest okrutny. Mogę tu rządzić i nic nikomu do tego:-)

Oto moje Top 10. Oto ja:-)

Długo zastanawiałam się kogo wybrać do kolejnych wynurzeń. Może Beatka z Beaty bombonierki dla tyty? A może Una Invitada? dadzą się namówić na odkrycie swoich '10. lubię"?

Pozdrawiam, ach długo dziś było...czas do pracy:-)








12:57, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (10) »
wtorek, 31 sierpnia 2010

Muszę się publicznie pochwalić, ponieważ zmobilizowałam się i powróciłam do mojej pierwotnej pasji, czyli biżuterii. Nie jest to wielki zryw i powrót manufaktury, lecz jednorazowy akt kreacji;-)

Wszystko jednaj wskazuje na to, że nie zapomnialam jak to się robi. Co więcej, sprawiło mi to dużo radości i satysfakcji.

Jako materiał wybrałam perełki. Wdzięczny obiekt, bo ich delikatny blask i szlachetna forma bronią się same Postawiłam na minimalizm i wyszło tak:

Perły bywają wyniosłe, ale i ciepłe. Gdy się je dotyka czuć chłód, a gdy się je nosi serce bije goręcej. Perły są dla kobiet dumnych ze swej kobiecości.

Źle wyglądają w zaniedbałym otoczeniu, bez klasy. Może i pretensjonalne, ale jakie piękne...

Pozdrawiam :-)

PS Dziękuję Ci Agnieszko :-) www.aga-oaza.blogspot.com

czwartek, 19 sierpnia 2010

Od dawna widzę Waszą fascynację nutami. Rzeczywiście to romantyczne wizualnie znaki, które kojarzą się z pięknymi melodiami, miłością, nostalgicznym uniesieniem. Nuty to symbole, podobnie jak lilijki, korony czy anioły. Wszystkie wzruszają i pobudzają. Jest tylko jedno "ale". Za drukiem, pożółkłym papierem, który jest poszukiwany przez miłośniczki antyków i staroci, kryje się dźwięk. Prawdziwy dźwięk- stworzony i zapisany przez człowieka.

Piszę ten post, bo czasem boli mnie, gdy widzę powyrywane kartki oryginalnych starych kompozycji, naklejone na cośtam, oprawione po części w ramkę, świecące jako abażur ... Nie chodzi mi o to, że to zbrodnia i czyn niemoralny. Chciałabym aby miłośniczki pożółkłych nut wiedziały, że to jest jak piękna zabytkowa księga, kryjąca w sobie słowa muzyczne, które można zagrać, zaśpiewać, zanucić.

Moja babcia była pianistką. Urodziła się w 1911r. Dzięki niej mój tata przeżył wojnę. W ich domu stacjonowali oficerowie i inne szychy niemieckiego wojska. Zawłaszczyli sobie największe pokoje, a im dali jedno pomieszczenie na 5 osób. Ale szacunek dla Pani domu panował, ponieważ uczyła dzieci niemieckie grać, a co jakiś czas zabawiała dorosle towarzystwo recitalami fortepianowymi. To straszna, ale i pozytywna historia.

Mój tato też ukończył dwa wydziały- teorii i kompozycji, oraz realizację dźwięku. Do swych ostatnich dni pracował jako realizator nagrań muzyki klasycznej. Ja zaś przez 10 lat grałam na fortepianie. I za pewne tak by zostało, gdyby nie głupota młodości. A powrotu nie ma. Pozostalo mi granie dla siebie i najbliższych. Na szczęście mam w małym dworku pianino koncertowe, wykonane specjalnie na zamówienie mojej babci. Ma popękany lakier, ale lśni pięknie swoją czernią. Jej samej nigdy nie poznałam. Zmarła bardzo młodo, w wieku 39 lat. Pozostały mi po niej piękne stare nuty. Pożłkły papier, druki niemieckich manufaktur. Gram i wsłuchuje się w dźwięki, które wybrzmiewały 100 lat temu...

Ja też kocham wygląd nut. Zrobilam to, co i Wy. Postanowilam zabrać ich kawalek ze sobą. Gdy wybrałam atrakcyjny wizualnie fragment z owych babcinych ksiąg, usiadłam do pianina i usłyszałam to:

Nie mogę sama tego zagrać na blogu, więc wybrałam moim zdaniem najbliższe mi wykonanie La priere d"une vierge. Wpisując kompozytorkę w You tube właściwie nie liczyłam na żaden efekt. Okazalo się, że to kompozycja bardzo lubiona przez pianistów z kraju Kwitnącej Wiśni... Apomyśleć, że u nas zupełnie zapomniana.

W szafce nocnej leżała od dawna torba płocienna, czekająca na moją chwilę czasu i natchnienia.

Nuty zeskanowałam na płótno, podobnie jak zdjęcie kuzynki mojej babci.

To niby tylko torba...

, ale to też kawałek mojej przeszłości i kawałek tego co kocham- muzyki.

Jak patrzę na moją torbę, slyszę zaraz La priere d,une vierge... Modlitwa dziewicy...

środa, 18 sierpnia 2010

Od dwóch tygodni panuje istny tłok w okolicznych lasach. Pomimo koszmarnych komarów, które niczym piranie, rzucają się zmasowanym atakiem na ludzi i zwierzęta. Powód jest prosty i powtarzający się co roku. Grzyby... Od czasu jak mieszkam na wsi zrozumiałam czym jest kult grzyba w polskiej rodzinie. No, może do końca nie zrozumiałam, lecz się staram. W każdym razie zbiorowemu szaleństwu poddał się Mężczyzna, który każdego ranka gna z siatką w las. I może byłoby to śmieszne, gdyby nie zbiory, które taszczy do domu. Pewnego razu dwa stoły w ogrodzie uginały się od ciężru prawdziwków.  Nieco przerażona obliczyłam obieranie owych zdobyczy na dwie godziny. Na szczęście Mężczyna na urlopie postanowił do końca poświęcić się swojej pasji. Ja w tym czasie mogłam zabrać się za oporządzanie zakupionych śliwek... W każdym razie następnego dnia, po nocy w magicznej maszynie do suszenia warzyw i owoców, powstało pytanie co zrobić ze stertą ususzonych prawdziwków? Ja z dziką rozkoszą pognałam na górę, ponieważ pojawił się pretekst do uszycia kolejnych woreczków. Na marginesie, woreczki to niezla forma transportowania takiej żywności, no bo w reklamówce to jakoś nie wypada nawet najbliższym.... Tak więc powstał :      I tego samego dnia powędrował do mamy Mężczyzny, miłośniczki różnych form grzybowych potraw. Swoją drogą ciekawe, czy w innych zakątkach Polski grzyby też rosną "jak grzyby po deszczu"...?            

Pozdrawiam:-)

16:51, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Byliśmy zaproszeni w sobotę na kolację do bliskich znajomych. Owi znajomi mają śliczny dom (którego nie pokażę, bo nie pytałam o zgodę) zbudowany z wapiennych kamieni i bejcowanego na brąz drewna. Do tego ogród z żywopłotami z bukszpanu, metrowe krzaki lawendy przy ścianach i trochę winorości pnących się po murze, też wapiennym. Krąży się tam po ścieżkach z granitowego bruku, poprzerastanego mchem. A w środku? Jeszcze lepiej. Ona to kobieta estetka, z zawodu wizażyska. Ich dom to podróż do romantycznej południwej a,la hacjendy. Dla Mężczyzny to przesada i opętanie, taka dbałość by każdy kafel, każdy wieszak pasował do całości. A ja uważam, że to fajne, widać ich pasję i zaangażowanie w tworzenie wnętrza z duszą.  Dlaczego piszę o tej wizycie? Bo do gości wypada iść z czymś. Wino dla Niego i ... woreczek do łazienki dla Niej. Wreszcie mialam okazję odkurzyć kochaną maszynę, pogrzebać w materialach i wytężyć komórki mózgowe, aby wpasować się w prowansalskie klimaty kamiennych łazienek. Wyszło tak:

Woreczek jest duży, większy od kartki A4, z surówki lnianej z wstawką z białej drukowanej bawełany.

Z tym drukiem to był istny cyrk. Jak zwykle przymocowałam materiał do kartki, ale po wydrukowaniu okazało się, że napis wyszedł w górnym lewym rogu, a tusz jest jasnoszary zamiast ciemnoszarego. Generalni efekt ten postanowiłam wykorzystać jako tło do głównego napisu, który po tylu próbach udało mi się wydrukować na szczęście po środku. Po spodem wprasowałam logo, aby nie pozostał bez tożsamości;-) Na koniec koronka, pętelka do zawieszania, prasowanie i poszedł woreczek w świat:-) Nieskromnie powiem, że wysiłki moje zostały docenione:-)))))

Pozdrawiam:-)

czwartek, 12 sierpnia 2010

Odwiedziłam dzisiaj tzw. rynek. Zamarzyłam sobie wiśnie. Niestety okazało się, że na nie już czas przeminął:-( Przespałam.

Za to kupiłam śliwki węgierki. Może poleżakują w alkoholu, może jakieś ciasto ulepię, a może przekonam się do słoiczków i usmażę konfitrę? Poleżą do jutra aż poczuję wenę do działania...

Wracając do miejsc takich jak targi. Nie lubiłam ich od dziecka. Zawsze kojarzyły mi się z krzyczącymi ludźmi i tandetą. Za to od czasu jak mieszkam na wsi troszkę zaczynam się  do nich przekonywać. Dlaczego? A no dlatego, że tam są świeże warzywa i owoce sezonowe, a nie tylko mandarynki i avocado, jak w markecie. I jajka można kupić z wolnego wybiegu po 30gr za sztukę, a nie po 7zl za sześć sztuk. Poza tym sprzedają sadzonki kwiatków bez marży centrów ogrodniczych. Są też meble używane ( mam 2 gazetniki za grosze), i jest pani, z porcelaną przywożoną z Anglii (mam śliczne kremowe filiżanki). W zeszłym roku odkryłam pośród stoisk z odzieżą rozmaitą, nie za wyszukaną rzecz jasna, stoisko z lnianymi obrusami po 6zl. Po dziś dzień szyję z nich woreczki:-)

Natomiast dziś natrafiłam na istne śmieciowisko gratów z niemieckich garaży i komórek. Grzebałam, grzebałam i wygrzebałam:-) Oto żeliwny, kuty kwietnik

Składa się z dwóch części: ślicznego serduszka i miejsca na doniczkę. Chyba będzie pasował na ganek, koło drzwi. Teraz, z niecierpliwości powiesiłam go na garażowych kwiatkach

A tak prezentuje się w całości.

Kosztował całe 10zl:-)

Pozdrawiam

20:52, pepsione1980
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8