moje małe inspiracje...trochę twórczo i codziennie:-
środa, 20 lipca 2016

Ostatnimi czasy wracam myslami do fotografowania i uwieczniania tych prostych, pięknych chwil wokół mnie. I dziś właśnie nadarza się ta chwila. Otóż zamieniając sie samochodem z B. zapomnialam zabrać kluczy do domu. A mieszkam 30 km od miasta.... w zwiazku z tym uzyskałam popołudnie i wieczór tylko dla siebie. Bez domowych obowiazkow. Ja, ogród, psy, kwiaty i chwila dla zatrzymania tego w kadrze :-)I Ii

IMG_20160718_1039481

17:45, pepsione1980 , dom i ogród
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 marca 2015

Dzisiaj duża dawka słodyczy w postaci różowego i fioletowego tiulu.

Niedawno na youtube przez przypadek natrafiłam na ciekawy tutorial - jak zrobić baletową spódniczkę bez szycia. Nadarzyła się okazja i do dzieła...

 

Koszt ok 40 zł z przesyłką. Materiał 2 różowe tiule i 1 fioletowy (9 - metrowe /15 cm szerokości), do tego ażurowa guma 40 cm).

 

Powiem szczerze, że efekt przerósł moje oczekiwania. Tutu wyszło słodko do bólu, eteryczne jak mgiełka, taka różowo - fioletowa chmurka.

 

Niestety za modelkę musiał mi wystarczyć cynowy dzban i figurka ceramiczna ;-)

Baletnica przymierzy ją za tydzień :-)

Jak Wam się podoba?

Pozdrawiam serdecznie.

 

Tagi: Tutu
23:14, pepsione1980 , igłą i nitką
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 listopada 2014

Spóźniłam się z pokazaniem zdjęć mojego ogrodu jesienią. Ale dzisiaj pomyślałam sobie, że to nie głupi pomysł, żeby to zrobić. Tak dla poddbudowania ducha w mglisto-mżawkowej aurze:-) Pisałam już, ze ogród to moje alter ego, coś bez czego trudno by mi było żyć. To za pewne gen babci, która w czasie prosperity miała 3 działki! W tym przyrodniczym świecie najbardziej ekscytują mnie kwiaty, owady i zwierzęta różnej maści. No może poza nornicami i kretem, ponieważ one dewastują i obracają w pył moją pracę. Ale nie o tym. Kwiaty, dotyk i zapach ziemi nie raz wydobyły mnie ze smutku i dawały siłę wewnętrzną. Ten ogród jest mój, choć nie mam praw własności do tego pięknego miejsca. Wiem,że gdy wydarzy się cokolwiek, będę musiała wszystko to zostawić za sobą.  Jest mój, ponieważ sama go projektuję, powiększam, pielęgnuję, podlewam. Rośnie w siłę od kilku ładnych lat. I tak zastanawiam się, czy w życiu warto inwestować w pasję, nawet gdy wszystko może zostać odebrane, czy działać asekuracyjnie, bezpiecznie, pozbywając się tej pasji. Pytanie nie dotyczy tylko ogrodów, tylko całokształtu życia. Wiem, że temat, jak na bloga, dość ciężki, ale wydarzenia ostatnich dni nie pozwalają mi przejść obok niego obojętnie.W każdym razie, patrząc na te zdjęcia, odpowiedź wydaje mi się jedna:-)

A to moje królestwo od wiosny do jesieni. Taras powstały w starych ruinach po oborze. Jego kamienie chłodzą latem i grzeją jesienią. Surfinia do dziś pięknie kwitnie:DSCN65160005Azor wszedł w kadr (Azor to prawdziwe imię):-):DSCN65190008DSCN65250014DSCN65270016DSCN65170006A to motyli rejon, czyli rozchodniki:DSCN65210010Lubicie winogrona? Te były (są jeszcze:-) bardzo słodkie:DSCN65240013Poidełko nr 1. Wodę muszę często dolewać ponieważ psom nie chce się chodzić do miski:DSCN65260015Poniżej poidełko nr dwa:DSCN65430030No i "Mały Dworek" przemycony zza poidełka:-):DSCN65420029 Kilka lat temu postanowiłam "przyozdobić" latrynkę, inspirowana jakimś artykułem z Werandy Country. Kiedyś pisałam o tym na blogu. Wino oplata, powieszony na niej koszyk wiklinowy:DSCN65310020I oto latrynka w jesiennej aurze:-):DSCN65300019I szopka na drewno..... właśnie zbieram się, żeby przynieść co nieco, bo zimno w domu się zrobiło....brr:DSCN65390026

Pozdrawiam wszystkich odwiedzających:-)

PS.Skoro zaglądacie na blogi kreatywne za pewne też posiadacie swoje pasje i swoje miejsca...:-)

 

16:42, pepsione1980
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 listopada 2014

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że chcę spróbować uszyć sobie Tildę. Zwracam uwagę na słowo "sobie":-) Bo po pierwsze Tildy zawsze urzekały mnie jako element wnętrzarski, a po drugie już tak mam, że lubię próbować czegoś nowego. A po tzrecie wolę próbować sił na sobie, bo gdyby mi nie wyszło, a Tilda byłaby dla kogoś, to stresu nie uniknę:-) Oczywiście przewertowałam internet, zdjęcia, szczegóły, materiały i szablony. Okazało się, że dobry szablon to podstawa, przynajmniej dla mnie. Tildy różnią się bowiem aparycją głównie ze względu na przyjęty wykrój. I chodzi tu o szczegóły, jak na przykład kształt nosa, szyi, kształtność łokci czy kolan (a włąśnie tego brakuję w części wykrojów). W końcu wybrałam, choć teraz już nie pamiętam skąd, ale jeśli ktoś miałby ochotę to na pewno wynajdzie w ogólnie dostępnych tutorialach. Warto też pamiętać o zostawieniu zapas na szwy - rzecz banalna, ale na niej się podknęłam:-) No i materiał. Wybrałam coś co chyba jest słabej jakości lnem, głównie z powody neutralnego koloru. Jego minusem jest rzadki splot, co daje o sobie znać podczas wypychania. A także dlatego, że na naukę wybrałam coś tańszego. W każdym razie moim pierwszym punktem przystankowym okazała się Twarz. Kluczowa chyba, ze względu na uchwycenie tildowego charakteru> no właśnie jakiego? Zadarty, nieco zarozumiały nosek, ale jednocześnie wdzięczny, no i ta mieszanka nieporadności i wysublimowania:-) Szyłam trzy razy! Nie wyszło super bo okazał się za mały. Szyja chuda, długa, jak u gęsi (takie moje skojarzenie:-). I włosy.....w instrukcjach podają, że najlepsza jest wełna boucle lub pukle lalkowe. Ale takowej nie znalazłam i w końcu postawiłam na prosty lniano - bawełniany sznurek. Fryz według mojego pomysłu. W ogóle w Tildach fajne jest to, że ile by ich nie stworzono, każda jest zupełnie inna. Każdy nada jej inny wyraz twarzy. Tak więc uszłam, wypchałam (rozpruta poduszka z IKEA) upychając końcem pędzla, zszyłam. No i ubrałam. Po skandynawsku, z elementami polskiego folkloru (patrz biała falbanka). Potem wyhaftowałam usta (ja chciałam serduszka, choć są też inne wzory), wtarłam róż do policzków i narysowałam oczy (oczu może nie mieć - takie wersje też są). Spodobała mi się i dlatego zagościła na mojej kanapie. DSCN65490035Zachęcona wynikiem, przy pierwszej okazji postanowiłam uszyć ją dla pewnej 6-latki. buźka wyszła mi lepsza, a do tego dodałam nogi w różany wzór. Ogólnie styl narzucił się sam, jakoś tak spontanicznie, trochę przaśny a trochę retro lata 20-ste. Byłam całkiem zadowolona. Zrobiłam sesje foto moich panien. Tildę numer dwa zapakowałam podarowałam i ....... niestety nauczką dla mnie jest, że to co się podoba 30-to latce niekoniecznie musi się podobać 6-latce. nie wywarłam swym kunsztem lalkarskim żadnego wrażenia. na szczęście przygotowałam w tildowej filcowej torebce prozent dodatkowy - brasoletkę. Okazała się na szczęście godna uwagi. A Tilda poszła w kąt. Może wyciągie ją na 30-te urodziny;-) DSCN65500036DSCN65470033DSCN65460032DSCN65510037DSCN65480034DSCN65530039DSCN65540040DSCN65520038Pozdrawiam :-)

PS Kimkolwiek jesteś proszę daj znać w komentarzu na dole o swojej obecności. Chciałabym wiedzieć czy ktoś tu jeszcze zagląda po mojej tak długiej absencji....

wtorek, 19 marca 2013

Czasem są chwile gdy nie mam nastroju do czegokolwiek. Nie bawi mnie decu, nie czaruje biżuteria, nie cieszy szycie. Albo są takie chwile gdy po prostu nie da się robić tych wszystkich ww rzeczy. Taki czas to te kilka chwil przed zaśnięciem. Zawsze czytałam, czym mocno zawyżałam statystyki średniej krajowej czytelnictwa w Polsce.... (podobno 12% dorosłych Polaków miało w ciągu roku "kontakt" z 1 książką, wliczając poradniki i albumy........, pozostałi w ogóle nie mieli "kontaktu"......). W każdym razie aby nieco urozmaicić wieczorny czas wróciłam do szydełkowania. No i znów sprawdziła się owa metoda podwójnie: po pierwsze daje radość, bo od dziecka kocham prababcine serwetki, sama opanowuję technikę szydełka ( moja cud-babcia zmarła nie zdążywszy przekazać mi tych umiejętności), a poza tym zyskuję wytchnienie dla systemu nerwowego. To za pewne rozśmieszy część Was, ponieważ jak czasem słyszę, roboty precyzyjne działają na niektórych wręcz odmiennie. Nawet M. parę dni temu, patrząc na mnie, stwierdził, że on przy tym by zwariował z niecierpliwości.

Oczywiście mistrzynią nie jestem, bo i praktyka mizerna, ale walczę i zgłębiam wzory i schematy:-)

A co najważniejsze mam pretekst do odwiedzania pasmanterii:-))) I tak też się stało. Inny temat, że wydałam grzeszną sumę na kordonki..... A to cały  nowonabyty arsenał już po wstępnym wykorzystaniu... Zaczęłam robić obrus (ten biały) ok120cm średnicy. Dla mnie to ogrom i pewnie tygodnie pracy. A z tyłu leży mała kremowa serwetka.

Poniżej też już skończona serwetka a na niej początek wzoru. jednak nie o serwetkę tu chodzi a o kordonek - 100% len. Zachwyciłam się na początku, bo len. Ale jak wzięłam szydełko do ręki to wpadłam w panikę....

Sznurek lniany jest sztywny jak linka do robienia biżuterii. Malutkie szydełko i tak powiększa serwetkę dwukrotnie. Jaki efekt?- jak dokończę , wypiorę, wyprasuję, naciągnę.... mam nadzieję, że będzie wart tej walki.

A tu skończone co nieco już na swoim miejscu:-)

A za oknami prawdziwa zima.... pewnie narzekacie i wyczekujecie wiosny. A ja dziwna chyba jestem bo kocham zimę. koronkowe serwetki przypominają mi śnieżynki...;-)

22:24, pepsione1980
Link Komentarze (7) »
wtorek, 12 lutego 2013

No i stało się. Zatęskniłam do zrobienia czegoś biżuteryjnego. Dawno nie zaglądałam do mojego warsztaciku, mieszczącego się w dwóch skrzyneczkach.

Popatrzyłam wieczorem w lustro i pomyślałam najpierw o broszce. Robiłam ją raz w życiu, dla kogoś. A własnej nie mam. Zanim zaczęłam obmyślać kwestie techniczne, przesypywałam z dłoni do dłoni kamienie. są chłodne i ciężkie. Zostało mi tego całkiem sporo z poprzednich lat. W świetle lampy pięknie odbijały blask "tygrysie oczy". Są miodowo - brązowe, z żyłkami i przebarwieniami. Do tego trochę fioletu w postaci szklanych koralików i wyszła taka oto BROCHA: Zapięcie udało mi się całkiem dobrze ukryć pod plątaniną kamieni: Na tym zdjęciu widać rzeczywiste kolory:

Chyba przypnę ją do czarnej aksamitnej marynarki...

Wieczorem, siedząc nad broszką, pomyślałam też o kolczykach. Po cieple brązu i śliwkowego fioletu, zatęskniłam za zimnem kryształu górskiego. W końcu śnieg za oknem. Wybrałam biały i barwiony na czarno kryształ, przeplatany szklanym różem, takim mroźnym. Niestety nie udało mi się skończyć kolczyków wczoraj, ponieważ nie mogłam wpaść na pomysł jak nadać im pożądany kształt. Linka jest zbyt wiotka na zginanie, nadaje się się na klasyczne wiszące kolczyki, a ja chciałam uzyskać wypukłą bryłę. Ale te eksperymenty zaowocowały pomysłem na bransoletkę. Właściwie komplet. I tak oto, dziś rano powstały kolczyki z użyciem srebrnego drutu I bransoletka. Prosta, bez skomplikowanych kształtów.Delikatna, ale wyraźna na dłoni. I nie kłóci się z pierścionkami. Powoli wracam myślami do robienia biżuterii. Mam dużo materiałów, choć sporo trzeba by było dokupić. Czasy i gusta się zmieniają. Niestety nie zmienia się fakt, że kobiety, dziewczyny wolą kupić chińskie ozdoby za 5 złotych w sklepie niż zapłacić za naturalne kamienie i serce włożone w niepowtarzalną biżuterię home made. Oczywiście rozumiem względy finansowe, bo czasy przecież trudne. Tak tylko sobie dywaguję, bo może zajęłabym się biżu na poważnie. A tak to tylko zaspokajam potrzeby bliskich mi kobiet i własne:-)

środa, 06 lutego 2013

Ostatnimi czasy odwiedziła Lyon. Mimo zawodowych zobowiązań miałam mnóstwo czasu na spacery jego uliczkami, wgapianie się w wystawy i oczywiście drobne zakupy. Nie sposób się nie domyśleć, że w pierwszej kolejności podglądałam w sklepach kieliszki do wina. Szukałam czegoś uniwersalnego, na co dzień, głównie do czerwonego trunku. A to przecież rejon burgundzki, więc kieliszki przypominały bardziej nie małe puchary, niż tradycyjne kieliszki. W końcu znalazłam takie jakie chciałam i szczęśliwie dowiozłam wszystkie 6 sztuk do domu.

Ale nie o kieliszkach chciałam pisać. Otóż Francja to mekka tych wszystkich, którzy kochają shabby chic, przecierane biele i inne wiadome klimaty. Można dostać zawrotu głowy i oszołomienia w sklepikach meblowych i do dekoracji wnętrz. Kuszą i czarują. A bagaż samolotowy ma przecież określoną pojemność i ciężar....

Przywiozłam ze sobą co nieco:-) Ot, taka słabość...

Po pierwsze antyczną kobietę. Piękną jej głowę sensu stricto... Oplotłam ją bluszczem rosnącym w donicy na kominku.

Kolejny spacer kamiennymi uliczkami Lyonu zaprowadził mnie do świata buteleczek, flakonów i puzderek. Wszystko to w klimacie starej Francji.Trochę szkła i spatynowanej srebrzystej poświaty... Nabyłam butlę do wody kolońskiej i szklane pudełeczko z przepiękną zawieszką i kryształową gałką na wieczku.

W karafce trzymam olejek do kąpieli...

A w pudełeczku podręczną biżuterię...

Może znacie w Polsce sklepy oferujące podobne szklane przedmioty. Chętnie powiększyłabym zestaw.........

20:14, pepsione1980 , dom i ogród
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 lutego 2013

To chyba post z cyklu "powroty".... Zimowy czas sprzyja powrotom.

Właściwie skłoniła mnie do tego prośba bardzo miłej osoby, która oddała w moje ręce dwie drewniane skrzyneczki. Zostawiła mi wolną rękę jeśli chodzi o styl i wzór. Cały problem polegał na tym że owe szkatułki pozostawały w klimacie zakopiańskim. Długo zajęło mi komponowanie serwetek, motywów i kolorów.

I, chyba na opak rzeczywistości, padło w pierwszej kolejności na buduarowy szyk, francuski róż...

Taki przypudrowany i cukierkowy. Stąd piórko przymocowane w rogu. Do tego trochę cracka, dla postarzenia. I róże, różowe oczywiście.

Druga szkatuła od samego początku miała być zupełnie inna. Padło na anioły. Bo czuwają nad nami i przynoszą szczęście, a chciałabym, aby nad tą przemiłą osobą roztoczyły swe skrzydła. Do aniołów pasują kwiaty.Tu wybrałam nasycone kolorami dalie. Są rustykalne jak cała skrzyneczka, przepasana bawełnianą koronką.

Ciekawe co znajdzie się w środku?...

PS Wczoraj zaczęłam szyć zazdrostki, więc może za czas jakiś będę się chwalić:-)

czwartek, 14 lipca 2011

Letni czas to moment mojego uniesienia. Budząc się rano mam WIELKIE PLANY. Zasypiając obmyślam nowe jeszcze większe. Śnią mi się kolory, faktury i zapachy. Najchętniej nigdzie bym się nie ruszala, aby tylko móc zajmować się moim ogrodem.

Ogród.... to własciwie nie jeden obszar, do ktorego prowadzi furtka , a otacza go płot. To wiele pomniejszych punktów na mapie mojej działki. Przybywa tego, a ja, choć coraz bardziej zajęta, staję się coraz szczęśliwsza.

Mój ogród nie jest perfekcyjny. To trochę misz masz wiejskiego ogrodka z miejską szczyptą umiaru. Co rok dosadzam i przesadzam, ucze się przy tym wiele o pielęgnacji i architekturze krajobrazu i czasem żałuję, że z tą właśnie dziedziną nie związalam swojego życia. Nie boję się brudnych rąk i grzebania w ziemi. Walczę z kretem, a on ze mną. Bitwę tocze z przędziorkiem, mszycami, mączlikiem i miseczniakiem...ot taki mikro - świat:-) I całąfortunę wydaję na nowe zielone przyjemności. Chcw się podzielić z Wami malutkim wycinkiem tego piękna, które cieszy moje oczy po przbudzeniu:-)

W niebieskościach i różach... księżycowy krajobraz hortensji...

hortensja

Trochę srebrzystej szarości i różu na lawendzie Anouk...

Intensywne róże ślazówki, która sama skądś do mnie zawędrowała... nie tylko ja ją lubię;-)

I ogniście... nasturcjowe szleństo koloru...

A na koniec dnia mogę powdychać zapachy lata przy lampce wina:-)

Jutro moje 31 urodziny. Pewnie odwiedzi mnie setka trzmieli i motylków:-)

17:47, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (5) »

Letni czas to moment mojego uniesienia. Budząc się rano mam WIELKIE PLANY. Zasypiając obmyślam nowe jeszcze większe. Śnią mi się kolory, faktury i zapachy. Najchętniej nigdzie bym się nie ruszala, aby tylko móc zajmować się moim ogrodem.

Ogród.... to własciwie nie jeden obszar, do ktorego prowadzi furtka , a otacza go płot. To wiele pomniejszych punktów na mapie mojej działki. Przybywa tego, a ja, choć coraz bardziej zajęta, staję się coraz szczęśliwsza.

Mój ogród nie jest perfekcyjny. To trochę misz masz wiejskiego ogrodka z miejską szczyptą umiaru. Co rok dosadzam i przesadzam, ucze się przy tym wiele o pielęgnacji i architekturze krajobrazu i czasem żałuję, że z tą właśnie dziedziną nie związalam swojego życia. Nie boję się brudnych rąk i grzebania w ziemi. Walczę z kretem, a on ze mną. Bitwę tocze z przędziorkiem, mszycami, mączlikiem i miseczniakiem...ot taki mikro - świat:-) I całąfortunę wydaję na nowe zielone przyjemności. Chcw się podzielić z Wami malutkim wycinkiem tego piękna, które cieszy moje oczy po przbudzeniu:-)

W niebieskościach i różach... księżycowy krajobraz hortensji...

hortensja

Trochę srebrzystej szarości i różu na lawendzie Anouk...

Intensywne róże ślazówki, która sama skądś do mnie zawędrowała... nie tylko ja ją lubię;-)

I ogniście... nasturcjowe szleństo koloru...

A na koniec dnia mogę powdychać zapachy lata przy lampce wina:-)

Jutro moje 31 urodziny. Pewnie odwiedzi mnie setka trzmieli i motylków:-)

17:06, pepsione1980 , dom i ogród
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 lipca 2011

Jakiś czas temu zafascynowały mnie malutkie biżuteryjne ozdoby. Wszystkie przypominają miniaturowy świat z czasów mojego dzieciństwa, kiedy to wyobraźnia pozwalała mi przenosić się do krainy czarów Alicji (choć samej bajki nie lubiłam). Dziwiły, trochę przerażały, ale i niesamowicie ciekawiły mnie tajemnicze zegary, mówiące przedmioty, zaklęte przejścia i magiczne zwierzęta. Jak królik z kapelusza pojawiła się we mni chęć poszuknia biżuterii inspirowanej tym czarodziejskim klimatem. 

Na początek zegar odmierzający czas i czarno-bialy pan królik naszkicowany czarnym rysikiem...

 

I kolejne omierzacze sekund... TTego pilnuje ważka i błękitny koralik. Naciskając górę stopera otwiera się ażurowa klapka...

 

A ten jest nieruchomy. Zastygł za pewne w magicznej czaso-przestrzenii z krolikiem uwiązanym na łańcuszku...WW baśniach jest też złoto i błyszcząco. Znalazlam sekretnik z reliefami na bardzo długim łańcuszku. A środek kryje ramkę na fotografię i zegar oczywiście...

Bardzo lubiłam "Dziadka do orzechów".  Figurki wystrugane z drewna mówiły ludzkim głosem. Były bardzo realistyczne. Rodem z tej bajki widzę tego konika i zestaw miniaturowych sztućców. Może pochodzą z królewskiego stołu?

A wszystko to zamknięte jest w kredensie magicznym zdobionym kluczem... WWyszukałam też zawieszki. Oby dwie mają duszę retro. Ta mosiężna być może nawet pamięta odległe czasy. Znalazlam ją na starociowym targowisku. Srebrna zaś, choć współczesna, sięga wzorem okresu art deco...AAby dopelnić calłości nie moglo zabraknąć moich ukochanych kolczyków. Też zapachniało starodawnym czarem. Zatopione w szkle kwiaty, perły i błyskotki...

Ijeszcza taki mały drobiazg.

Sekretnik z kameą...Oglądam, przymierzam, marzę... i zdejmuję bo czasem nie mam ochoty zabierać mojego zaczarowanego świata do codzienności.

PS Una, dziękuję:-)

wtorek, 15 lutego 2011

Wczoraj i dziś świeciło piękne słońce. Takie zimowe i moźne. I nie wiem czy chciałam trochę wychłodzić palce, czy zatęskniłam za robieniem zdjęć, czy też dzień spędzony sam na sam ze sobą tak zadziałał, że zrobiłam sobie "walentynki po mojemu".  Tylko dla mnie, tylko dla moich oczu i serca.....no może poza słodkim wypiekiem:-)

Mój wrzos, jesienią był wściekle seledynowy, w lutym nabrał miłosnej czerwieni i romantycznego różu:

kolor czerwony kokardki zainspirowal mnie do uwicia wieńca z gałązek brzózki:

Potem zalśniło ponad lasem piękne słoneczko, które oświetliło mroźnym błękitem podwórko. I tak palcem po granitowy,m pyle napisalam:

Kilka metrów dalej z pozbieranych patyków w kolorze złota, beżu i brązu ułożyłam:

Jak porządnie zmarzlam, udalam się do cieplutkiego domu i zabralam się za coś czego nigdy nie robiłam - makowiec. Humor mi się popsuł, bo spędzilam w kuchni 3 godziny. Bylam wykończonam od kręcenia, mieszania, ubijania i wyrabiania. Ale wyszlo. Najpiękniejszy byl zapach, którego nie mogę niestety umieścic na blogu.  I ta brązowo-złota skórka:-) Na niej wyznalam miłość cukrem pudrem:

ciasto z love

uczucia do swojego "ja" też bywają przyjemne;-)

 

21:15, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (15) »
wtorek, 01 lutego 2011

Parę tygodni temu zapadła mi w pamięć rozmowa z Anną Dymną na temat pieczywa. Oczywistym jest fakt, że to produkt symboliczny. Ciekawym wątkiem natomiast pozostawało, w jaki to sposób należy owo pieczywo przechowywać. I tu wyszła ciekawostka- okazało się, że każdy region Polski ma swój związany z tym zwyczaj. Niestety moja centralna pozycja na mapie kraju każe (kazała?) mi trzymać chleb w plastikowej siatce, inaczej reklamówce, zrywce itp. (często takie zawiniątko trafiało do pojemnika na chleb). Poniekąd ma to swoje uzasadnienie: świeży chleb czy bułki zachowują w ten sposób wilgoć do następnego dnia. Pani Anna wyraziła szczere przerażnie na tę wiadomość i za pewne miała rację. otóż województwa południowe z namaszczeniem wkładają pieczywo do lnianych woreczków. I ładniejsze to, i estetyczniejsze, i bardziej zdrowe. Nie pozostało mi nic innego jak szyć.

Po przemyśleniu sprawy i małym rekonesansie, doszłam do wniosku, że pieczywa u nas jest masa. Mężczyzna uwielbia świeże, tak więc na ogół wstaje i jedzie do naszego wsiowego sklepu co rano. Ale, że za dużo nie jemy zostaje dużo piętek, ćwiartek, połówek... Latem wrzucamy do stawu i patrzymy jak ryby się pluskają i skubią. Zimą dotychczas pies zastępował ich miejsce. A teraz nasza Lola wszelkie kromki uznaje za truciznę i zaraz zakopuje... i tak zostajemy z tym wszystkim.  I po takich przemyśleniach uznałam, że potrzebny jest po pierwsze worek na pieczywo niezjedzone, cieńszy aby mogło swobodnie schnąć (sąsiedzi mają kurki i inne zwierzątka chętne okruszkom) oraz po drugie worek na pieczywo świeże - grubszy, aby oddychał i chronił przed utratą wilgoci. Na szczęście mialam trochę wolnego czasu na zabawę z czcionkami i drukarką. Powstał taki komplet:

Oby dwa są dość duże ok.30cm x 40cm.Kremowy jest do świeżego pieczywa.

Beż zaś skojarzył mi się z okruszkami   

Co zabawne, mój komputer też mi pomagał w projektowaniu - chciałam umieścić na froncie jedyni rok 2011, a on sam sobie dopisal 27.01.2011...

Tego samego wieczaru okazało się, iż od worków na chleb niedaleka droga do pieczenia chleba. Zrewalam kartkę z kalendarza ściennego, a tem na odwrocie taki oto przepis:

Słowo "najprostszy" podziałalo na mnie zachęcająco. I takim tez się okazal. Do tego jest niewyobrażalnie dobry, miękki, elastyczny i pachnący. Robiłam z połowy składników i wyszla jedna długa forma na keks. Cyba nie można go zepsuć...bo gdyby można było ja na pewno bym o uzyniła:-) Teraz zjedliśmy już drugi , a M. już wypytuje czy będzie następny. . . .

poniedziałek, 24 stycznia 2011

nie wiem do końca jak to jest z dzisiejszymi mężczyznami. Czy lubią się trochę ozdabiać, czy też problem ten pozostaje im obcy? Jeśli chodzi o osobnika tej płci, z którym przyszło mi dzielić życie chyba nie należy do zagorzałych fanów mody i szpiega zmieniających się trendów. Raczej pozostaje wierny dzinsom i t-shirtom z jakimś napisem, do tego zamszowa kurtka, zero szalika i zero czapki, bo mu wiecznie gorąco... Ot, taki szorstki facet:-) Czasem zrobi mi przyjemnośc i włoży nieco elegantszą odmianę tego co powyżej. gdy się poznaliśmy mój wzrok przyciągnął mały szczegół na jego szyi. Wiszący na rzemyku posążek jakiegoś bożka. Okazalo się, że M., dostał go całkiem niespodziewanie, na ulicy w Indiach, od pewnego nieznajomego chłopca. Dlaczego? -  nie wiadomo. I tak bożek zawisł na jego szyi. Po kilku latach nastąpiła tragedia - pewnie bardziej moja niż M. - wisiorek zniknął, zgubił się, zapadł pod ziemię. Prawdopodobnie został wdeptany w ziemię, podczas kolejnego meczu piłkarskiego... Szyja mojego ukochanego pozostawała niczym nie omotana i szans nie było aby namówić go na jakieś inne ozdoby... Na szczęście los się uśmiechnął (do mnie:-) podczas wakacji w Rzymie, kiedy to spacerując po czarnej plaży zbieraliśmy muszle dla mnie - na kolczyki. Nota bene tamtejsze zwierzątka morskie chyba przechodziły kurs projektowania muszli dla takich jak ja:-) To te czarne i szare po lewej stronie...

Wracając do tematu M. sam natrafił na coś, co mu się spodobało i tak, niby żartem, stwierdził , że może to by się nadawało dla niego. Po powrocie wygrzebałam rzemyk, szlifowalam i wywiercilam dziurę.Wyszedl z tego niby kieł/ząb, niby jakaś skamienielina. Trochę jak talizman Indianina. Zawisł na szyi M. i wisi do tej pory. Ostatnio rzemyk wymagał wymiany, więc powstala mini-sesja wisiorka. Swoją drogą takie rzeczy to przecież calkiem męska biżuteria...;-)

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Dziś po troszce pokażę te obrazy, które towarzyszyły mi przez ostatnie 3 tygodnie.

Lubię Święta, nawet bardzo. Kiedyś, gdy czas pozwalał mi na więcej, dekorowalam caly dom, aby poczyć w 101% magię Swiąt.

Teraz staram się zachować klimat choć w jednym pomieszczeniu.

Należę do tej mniejszości, która uwielbia zimę. I to ekstatycznie. Chodze zahipnotyzowana widokami lodu i śniegu. Niestety kocham też zwierzątka, ktore raczej nie podzielają moich upodobań. Staram się zapewnić godne menu wszystkim ptasim stworzeniom. I tak przez ostatnie lata dochowałam się kilkudziesięci sikorek, 8 sójek, 2 gili, bandy jakichś szarawych ptaszków, 8 bażantów:

Czas świateczny  i kilka pięknych bezinteresownych gestów nastroiło mnie do zrobienia czegoś wlasnymi rękami. Tak żeby umysl i palce nie zapomniały czym są obcążki, szczypce, linki, ametysty, krysztaly górskie i perły. Mam nadzieją, że osobie do której trafiły przyniosly choć chwilkę radości w chwilach smutku. Nigdy wcześniej nie robiłam broszek, a okazalo się to naprawdę inspirującym zajęciem:-)


 

 

 

W Nowym Roku życzę Wszystkim, ale i sobie, wielu pięknych i wartościowych chwil tylko dla SIEBIE, tak by móc pielęgnować piękno i marzenia.

 

 

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Zapomnialam jak to jest, kiedy wyobraźnia tworzy magiczny świat bajki. Niestety chyba dorastanie na tym polega. Kiedyś, jako mala dziewczynka brałam misia, lalkę, kawalek czegoś i juź byłam w innym świecie. Wszystko przedmioty zyskiwały wymiar ludzki, wszystko pięknialo i ożywialo się, mówiło, rozmawiało i czuło. A ja, jako wielki koordynator tego magicznego świata bylam po części każdą jego postacią. Pamiętam, że tak było, ale zapomniałam jak to było...?

I bynajmniej nie o marzenia rzecz się rozchodzi, bo to idzie mi do dziś całkiem dobrze. To dotyczy poczucia zupełnej abstrakcji i w pewnym sensie wyjścia poza granice logiki.  Długo pielęgnowałam w sobie tę umiejętnośc, ale ona po prostu pewnego dnia zniknęła. Zostały lalki i samochody, ale straciły swoje glosy i problemy. Została lampka z uśmiechniętym słońcem, ale ono przestało prowadzić ze mną długie rozmowy na dobranoc. Buty zgubiły cudowną moc pojazdu powietrznego... Bezpowrotnie.

Teraz mój M. mówi czasem, że jestem jak 3-latka. Przeżywam euforię na widok pierwszych gwiazdek śniegu i płaczę wylewnie gdy znajdę martwego ptaszka. Przestrzeń i przedmioty wokoło też oddzialują dziwnie mocno na moje emocje... Nad moją głową w sypialni zwisa miś. Taki do przytulania. Może nie ściskam się z nim za często, ale wolę gdy tam jest. W moim pokoju początkowo panował calkiem dorosly look, jak to się zwie. Nim minął rok, nie wiem sama jak to się stalo, pojawily się zabawki. Patrzą na mnie, a czuję się z tym  dziwnie normalnie.

Beza ma z tyły kluczyk do przekręcania....gra w tedy swoją słodką pozytywkową melodię:

Ta misiowa dama przyjechała z Anglii wlaściwie dla mojej mamy. Ale straciła dla niej urok gdy osoba, która ją przywiozla okazała się nienajlepsza inwestycją do lokowania uczuć. Przygarnęlam ją z przyjemnością:

Za to te misie to szaleństwo sprzed 2tygodni. Z market wyszlam ściskając te urocze przytulaki. wszyscy ze zrozumieniem patrzyli na mnie, jako przykładną matkę, ciotkę czy inną darczynię prezentów. A ja miści ściskalam dla siebie:-) Teraz kontrolują moje postępy w szyciu;-) na szczęście M.nie do końca jest spostrzegawczy. Już miał zadać krepujące pytanie, skąd to się tu wzięło, ale za pewne pomyślał, że nie zauwazyl ich od roku i narazi się na zarzut braku zainteresowania moją przestrzenia...uff

 

15:55, pepsione1980
Link Komentarze (3) »
środa, 15 grudnia 2010

 

Bardzo odczuwam przemijanie czasu. Mam niewyraźne wrażenie, że nie panuję nad moimi życiowymi ruchami. Jedynie poddaję się tej silnej fali działania. Czemu o tym piszę, ano dlatego, iż na codzień nie mam świadomości tego procesu. Przypominam sobie o nim wówczas gdy dookoła mnie pojawiają się sytuacje niezwykłe. Niczym sole trzeźwiące. Oczywiście za nimi kryją się przecudowne osoby, i ich bezinteresowna sympatia. Ostatnimi czasy spotkały mnie takie mile uczynki. Tak miłe, że postanowiłam zebrać swoje 4 litery i ruszyć do bloga, aby podzielić się tym i owym. A do tego zima i bajkowa biel za oknem jakoś tak nastraja do zwolnienia tego życiowego pędu...Może nawet dzisiaj pojadę kupić chpinkę. U mnie musi być prawdziwa. Kiedyś mialam nie mały problem, jak sobie wyobraziłam ścinanie takich pięknych drzewek. Teraz gdy powstaly specjalne plantacje jodły kaukaskiej wyrzutów mam mniej. Parę lat temu, gdy zaczęłam spotykać się z M. on staral się mnie wprowadzić w swoją rodzinną tradycję poszukiwań drzewka w lesie. Spacery były piękne, w gęstwinie zaśnieżonych krzaków. Gdy po 2 godzinach wybralam odpowiadającego mi świerczka pojawial się problem, łzy cisnęły do oczu i tyle z tych romantycznych wypraw było.... Nie pozwalałam ściąć drzewka, więc przemoczeni, zmarznięci, z pustymi rekami powracaliśmy do domu. W końcu po paru latach M. dal za wygraną i już mnie nie ciąga na sadystyczne wędrówki, a ja mogę zamęczać panów od choinek przekładaniem kilkudziesięciu krzaków w poszukiwaniu tej najgęstszej:-)Drżyjcie, nadchodzę;-)

Ale do rzeczy: dawno, dawno temu było sobie candy. U Agi z Oazy:-) Wiem, 100 lat temu. A jeszcze wcześniej, Kochana Aga odpowiedziała na moje prośby o piękne poszewki, które akurat przybyły do sklepu w jej miejscowości. I wyobraźcie sobie pognała po nie, obfotografowała, i znów poszła kupić. To nieprawdopodobne,że w tym szaleńczo pędzącym życiu są TAKIE osoby. Po czasie zorganizowała owo candy, chcąc ofiarować komplet przepięknych poszewek w innym kolorze, w takim o którym marzyłam. I co, I WYGRAŁAM:-)))) Oczywiście szybciutko je wysłała. Ale jak je wysłała.... starannie zapakowane, z przemiłą karteczką w środku. Aguś to było naprawdę miłe:-) Dziękuję i przepraszam, że dopiero teraz... Oto wszystkie rozlożone na mojej kanapie. A to te wygrane:  poczekają do lata, na słoneczne dni i nowe mebelki ogrodowe, które mam w planie... Już to widzę: słońce, kwitnące róże i popołudniow kawka w otoczeniu tych ślicznych poduch:-)))

Z kolei czas niedługi temu zobaczyłam u Beaty z BombonierkiDlaTaty inne cuda poduszkowe. Co ta kobieta wyrabia z maszyną to zasługuje na pochylenie czoła ku ziemii. Szyje rózne dziecięce i niedziecięce urocze podarunki, ma tysiące pomysłów i niesamowitą precyzje. Do tego To Kobieta z Krainy Lawendy. Zna ją na wylot i wyczarowuje niesamowite lawendowe cuda.  I właśnie Beata na moje nieśmiałe pytanie gdzie mogę zdobyć jej piękne poszewki stwierdziła, że mi je uszyje. Tak po prostu. W swym zabieganiu i milionie obowiązków znalazła czas.  I własnie 2 dni temu zajrzałam na moją ośnieżoną pocztę, skąd wróciłam wyposażona w paczkę. Na początku oszołomił mnie zapach - lawendy oczywiście. Gdy zamknęłam oczy zobaczyłam całe pole lawendy! Dalej ujrzałam śliczny, romantyczny woreczek. Już wisi u mnie

W dalszej części zobaczyłam dwie najpiękniejsze pod słońcem poszewki. Fakt sama je wybralam, ale zdjęcia ni jak nie mialy sie do oryginału...

zaraz wykopalam jaśki, które czekały na lepsze czasy i oto ONE:

Bardzo wszystkich wytrwale Zaglądających pozdrawiam i nie obiecuję poprawy, ale mam nadzieję częściej pisać:-) Może i internet zagłusza rzeczywistośc, ale pozwala też odszukać piękne dusze z innego końca świata:-)

13:50, pepsione1980 , dekoratoria
Link Komentarze (2) »
czwartek, 02 września 2010

Dziś rano otwierając bloga przeczytałam zaproszenie od Agi z Oaza

Bardzo to miłe, tym bardziej że tyczy się pozytywnych aspektów życia- czyli tego co lubię. Chodząc po domu mój umysł zaprzątały tysiące myśli i co chwila przypominałam sobie o kolejnej ulubionej rzeczy. W sumie to całkiem niezła terapia na poprawienie humoru:-)

Wybrałam moje top 10:-) Kierowałam się tym, co w największym stopniu odda moją osobowość i wnętrze. To kolejny powód dla którego uważam takie "zabawy" za całkiem udane:-)

Przechodząc do meritum...

1. GÓRY

Kocham góry całą sobą. Kocham po nich chodzić i na nie patrzeć. Kocham gdy mnie otaczają. Tam czuję się naprawdę wolna i szczęśliwa.

2. NARTY

Narty są nieodłączną częścią mnie. W nich odkryłam swoją pasję, i pewność siebie. Mając 17 lat zdałam egzamin na pomocnika instruktora. Przez następne lata zdobywałam coraz więcej. Poznałam wielu wspaniach ludzi, zakochanych w nartach jak ja.Trochę uczyłam innych jeździć i sprawiało mi to mnóstwo radości. Z czasem mój obecny mężczyzna zaczął się buntować przeciw moim samotnym wypadom na narty. On nie miał czasu, ja nie chciałam go denerwować. Obecnie spędzam na deskach max.10 dni.... i jest mi z tym źle.

3. ZIMA

Lubienie zimy wiąże się oczywiście z punktem drugim:-) Ale i na nizinach uczucie pozostaje. Lubię skrzypienie śniegu pod butami i iskrzące w słońcu płatki. Łyżwy także. Krajobraz pod śniegiem wygląda jakby spał smacznie pod pierzynką. Zima tworzy dla mnie najpiękniejsze dzieła sztuki z krajobrazu. A zimowe wieczory to kominek i książka:-)

4. PSY

Od urodzenia kocham psy. Jako jedynaczka całą swoją miłość do istot żywych przelałam na nie. W każdych nawet najtrudniejszych chwilach mogłam liczyć na ciepło ich ciała, zimno nosa i najwierniejsze na świecie spojrzenie. Tylko psy potrafią kochać bezgranicznie i bezwarunkowo. Przekonuję się o tym do dzisiaj...

5. KWIATY, roślinki, ogródek



Jako mała dziewczynka spędzałam najpiękniejsze chwile z babcią w ogródku. Godzinami mogłam grzebać w ziemi i oglądać jak roślinki wzrastają z ziemi. Po latach jak trafiłam do małego dworku założyłam własny ogródek i pokochałam rośliny jeszcze bardziej. W domu również nie ma zakątka bez kwiatów doniczkowych. Nie rozmawiam z nimi, ale myślę, że czują moje uczucia do nich:-) śmiecham się do każdego rozkwitniętego hibiskusa i każdego nowego liścia innych zielonych stworzeń. Nawet jak mocno chorują mam problem z ich wyrzucaniem... Na ogół tego nie robię.

6. BIŻUTERIA

Biżuteria wprowadziła mnie w świat kobiecych przyjemności. początkowo były to rzemykowe bransoletki i talizmany na szyi. Potem stopniowo odkrywałam piękno szlachetnych metali, choć złota nie nosiłam. Przyszedł czas fascynacji kolczykami. Im były większe i wyrazistsze tym lepiej. Wtedy też zamówiłam w cafeart pierwsze elementy do robienia własnoręcznego biżuterii. Pełna niepewności pokazałam dzieła przyjaciółce, która -chwaląc się- była bardzo pochlebna. Powstała mała manufaktura i nawet trochę zarobiłam na tym art-biznesie.

Niestety studia i prowadzenie domu sprawiły, że nie miałam czasu na to hobby. Tym bardziej, że nasz kraj zalało morze chńszczyzny po 5 zl, a rękodzieło i niepowtarzalność nie stanowią w Polsce zasłużonej wartości. Krótko mówiąc nie oplacalo się inwestowane w półprodukty. Teraz czasem coś mnie najdzie i tworzę (patrz post poniżej:-)))

W tym punkcie powinnam dodać PERŁY. Bo to nowa mocna facynacja. (patrz post poniżej:-)))

 

7. KAWA


Pierwszego razu z kawą nie pamiętam. Pamiętam tylko od zawsze aromat świeżo parzonego czarnego napoju o poranku. Moja mama kochała czarną i zawsze dobrą gatunkową kawę. Teraz ja przejęłam pałeczkę:-) Koniecznie w ładnej filiżance. Chwila z kawą to moja chwila...

8. PISANIE

Od zawsze bardzo lubiłam czynność pisania. Przykładałam do tego mnóstwo uwagi. Na moje nieszczęście nie było już w szkołach nauki kaligrafii... Fascynowało mnie jak litery wypływają spod rąk. Zresztą uważam, że pismo dużo może powiedzieć o człowieku (choć się na tym nie znam). Pismo komputerowe, choć nieodzowne i nieuniknione do kontaktu ze światem jest dla mnie puste. Długo pracowałam, aby móc zrozumieć co widnieje na ekranie. Całą pracę magisterską napisałam odręcznie...Wyszło ok.300 stron...a i tak każda strona maszynopisu kosztowała mnie więcej zmęczenia.

Teraz mam okazję do zaprezentowania mojego prezentu na 30-te urodziny. Wymarzone, upragnione, burżujskie pióro. Poprosiłam o nie mamę. Chciałam mieć coś "wiecznego"... i jest wieczne, dostojne..... miałam pomysł z grawerem, ale chyba zrezygnuję. Przecież nie sposób zapomnieć, że to od mamy....

 

9. FIOLETOWY, SZARY, BIAŁY, CZARNY.....KOLORY

Do ubrania lubię inne, do wnętrz jeszcze inne, a tak w ogóle jescze inne;-) szmatki głównia są czarne, szare, białe,brudnoróżowe i koniecznie fioletowe! Wnętrza mogą być najróżniejsze, choć mójpokój jest biało-szaro-błękitny. Za to kuchnię chciałabym mieć czekoladowo-waniliową, a łazienkę biało-czarną...

8. MUZYKA KLASYCZNA I MOJE PIANINO:-)

Lubię melodyjność instrumentów klasycznych. Kocham moje pianino, bo to historia rodziny, ale i śliczne brzmienie. Jak mi smutno to gram, gram i gram. Jak mi wesoło to rzadziej, choć też się zdarza. Przez dżwięki mogę mówić bez słów o tym co mnie boli. Bo o tym co radosne zawsze prościej tak na głos... polubiłam też nowy instrument: ludzki głos. Nic tak pięknie nie brzmi jak arie Anny Netrebko...

9. HAND MADE

Po pierwsze decoupage. Tę technikę zaczęłam zgłębiać zupełnie samodzielnie. Około 3 lata temu, bywając dużo w internecie, trafiłam na blox, skąd krótką drogą do Asket. To co tam zobaczyłam olśniło i zaczarowało mnie całkowicie. Pierwszy raz spotkałam się z decu, nawet nazwy nie znałam. Jej blog przeczytałam od deski do deski. Sama szukałam różnych farb, uczyłam się dziwnych nazw, jak crack czy lakier poliuretanowy itd. Pierwsze próby, z perspektywy czasu były zabawne, ale dość szybko zapanowałam nad tą całą chemia. Z natury jestem bardzo cierpliwa i dokładan, więc wycinani, wyrywanie, układanie wzorów bardzo mi pasowało. Z czasem odważyłam się założyć własnego bloga i pokazać światu co też Karolinka w domu pokątnie robi. Pokątnie, bo do dziś moje hobby jest tematem sprzeczek, ponieważ ponoć lekceważę domowe obowiązki i kleje serwetki... ale to inny temat. Decupage okazał się świetną formą prezentową i tak powstała seria zegarów np. taki dla małej Martynki: i inne:

Po drugie szycie i różne techniki zdobienia naszywek. Wielką krawcową nie jestem, ale od wielu lat marzyłam o maszynie do szycia. Wreszcie na Gwiazdkę zeszłego roku M. mi ją sprezentował:-) Zaczęłam od prostych woreczków, nawet wyspecjalizowałam się w tych grzybowych:-)

Potem poszewki na poduchy, obrus, no i największe przedsięwzięcie- pościel:

Zaczęłam robić próby z drukarką i decoupage na tkaninie:

Po trzecie przerabianie mebli i remonty w domu:-)


10. MÓJ POKÓJ

O własny kąt walczyłam długo.  Ale w końcu się znalazł:-) Urządziłam go tak jak zawsze marzyłam. Jest miejsce do pracy i do szycia. Mam gdzie położyć mądre książki i te nie mądre też. Mam gdzie uciec od świata, który czasem jest okrutny. Mogę tu rządzić i nic nikomu do tego:-)

Oto moje Top 10. Oto ja:-)

Długo zastanawiałam się kogo wybrać do kolejnych wynurzeń. Może Beatka z Beaty bombonierki dla tyty? A może Una Invitada? dadzą się namówić na odkrycie swoich '10. lubię"?

Pozdrawiam, ach długo dziś było...czas do pracy:-)








12:57, pepsione1980 , ja
Link Komentarze (11) »
wtorek, 31 sierpnia 2010

Muszę się publicznie pochwalić, ponieważ zmobilizowałam się i powróciłam do mojej pierwotnej pasji, czyli biżuterii. Nie jest to wielki zryw i powrót manufaktury, lecz jednorazowy akt kreacji;-)

Wszystko jednaj wskazuje na to, że nie zapomnialam jak to się robi. Co więcej, sprawiło mi to dużo radości i satysfakcji.

Jako materiał wybrałam perełki. Wdzięczny obiekt, bo ich delikatny blask i szlachetna forma bronią się same Postawiłam na minimalizm i wyszło tak:

Perły bywają wyniosłe, ale i ciepłe. Gdy się je dotyka czuć chłód, a gdy się je nosi serce bije goręcej. Perły są dla kobiet dumnych ze swej kobiecości.

Źle wyglądają w zaniedbałym otoczeniu, bez klasy. Może i pretensjonalne, ale jakie piękne...

Pozdrawiam :-)

PS Dziękuję Ci Agnieszko :-) www.aga-oaza.blogspot.com

czwartek, 19 sierpnia 2010

Od dawna widzę Waszą fascynację nutami. Rzeczywiście to romantyczne wizualnie znaki, które kojarzą się z pięknymi melodiami, miłością, nostalgicznym uniesieniem. Nuty to symbole, podobnie jak lilijki, korony czy anioły. Wszystkie wzruszają i pobudzają. Jest tylko jedno "ale". Za drukiem, pożółkłym papierem, który jest poszukiwany przez miłośniczki antyków i staroci, kryje się dźwięk. Prawdziwy dźwięk- stworzony i zapisany przez człowieka.

Piszę ten post, bo czasem boli mnie, gdy widzę powyrywane kartki oryginalnych starych kompozycji, naklejone na cośtam, oprawione po części w ramkę, świecące jako abażur ... Nie chodzi mi o to, że to zbrodnia i czyn niemoralny. Chciałabym aby miłośniczki pożółkłych nut wiedziały, że to jest jak piękna zabytkowa księga, kryjąca w sobie słowa muzyczne, które można zagrać, zaśpiewać, zanucić.

Moja babcia była pianistką. Urodziła się w 1911r. Dzięki niej mój tata przeżył wojnę. W ich domu stacjonowali oficerowie i inne szychy niemieckiego wojska. Zawłaszczyli sobie największe pokoje, a im dali jedno pomieszczenie na 5 osób. Ale szacunek dla Pani domu panował, ponieważ uczyła dzieci niemieckie grać, a co jakiś czas zabawiała dorosle towarzystwo recitalami fortepianowymi. To straszna, ale i pozytywna historia.

Mój tato też ukończył dwa wydziały- teorii i kompozycji, oraz realizację dźwięku. Do swych ostatnich dni pracował jako realizator nagrań muzyki klasycznej. Ja zaś przez 10 lat grałam na fortepianie. I za pewne tak by zostało, gdyby nie głupota młodości. A powrotu nie ma. Pozostalo mi granie dla siebie i najbliższych. Na szczęście mam w małym dworku pianino koncertowe, wykonane specjalnie na zamówienie mojej babci. Ma popękany lakier, ale lśni pięknie swoją czernią. Jej samej nigdy nie poznałam. Zmarła bardzo młodo, w wieku 39 lat. Pozostały mi po niej piękne stare nuty. Pożłkły papier, druki niemieckich manufaktur. Gram i wsłuchuje się w dźwięki, które wybrzmiewały 100 lat temu...

Ja też kocham wygląd nut. Zrobilam to, co i Wy. Postanowilam zabrać ich kawalek ze sobą. Gdy wybrałam atrakcyjny wizualnie fragment z owych babcinych ksiąg, usiadłam do pianina i usłyszałam to:

Nie mogę sama tego zagrać na blogu, więc wybrałam moim zdaniem najbliższe mi wykonanie La priere d"une vierge. Wpisując kompozytorkę w You tube właściwie nie liczyłam na żaden efekt. Okazalo się, że to kompozycja bardzo lubiona przez pianistów z kraju Kwitnącej Wiśni... Apomyśleć, że u nas zupełnie zapomniana.

W szafce nocnej leżała od dawna torba płocienna, czekająca na moją chwilę czasu i natchnienia.

Nuty zeskanowałam na płótno, podobnie jak zdjęcie kuzynki mojej babci.

To niby tylko torba...

, ale to też kawałek mojej przeszłości i kawałek tego co kocham- muzyki.

Jak patrzę na moją torbę, slyszę zaraz La priere d,une vierge... Modlitwa dziewicy...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6